Jak dziś pamiętam

sobota, 31 grudnia 2016

Jakieś siedem lat temu - w grudniu 2009 roku, odgrzałem dwuletniego kotleta: historię wrzuconą dwa lata wcześniej na grupę dyskusyjną pl.pregierz. Kto nie wie, co to jest, tego informuję, że to taki niby ekskluzywny klub, który na fejsbuku funkcjonuje do dzisiaj. Link na końcu, pod tekstem notki.

Aha. To grupa zamknięta. Wprowadzić może tylko chu... e... znaczy członek Grupy ;)


[wulgaria] Dziadka na komarku (pl.pregierz, 21 stycznia 2008)

Piętnuję za chamstwo, wazelinuję za werwę i rozbawienie :)

Dzisiaj byłem świadkiem, jak jedna pani nie patrząc na boki, wyszła na jezdnię. Pech chciał, że prosto pod koła dziadka na komarku ;) Dziadzio z okrzykiem "halo, halo, halo!" wyhamował, szybko oparł komarka o latarnię i pobiegł za babeczką, ściągając rękawiczki. Zabiegł jej drogę, rzucił rękawiczki pod nogi, wyciągnął do niej rękę z wyprostowanym wskazującym palcem i zawołał:

- Masz szczęście ty stara kurwo, że w porę opanowałem maszynę, bo bym cię rozpierdolił jak żabę.

Po czym splunął na ziemię, podniósł rękawiczki i udał się w kierunku swojej "bestii" ;)

Kobitka zamurowana. Ja też.

Koziołek

Grupa pl.pregierz. Zapraszam :)

 



01:57, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 sierpnia 2016

Sześć lat temu, po obejrzeniu któregoś Bonda, postanowiłem podzielić się wrażeniami crossując - trollując na grupy pl.sci.medycyna i pl.pregierz zmyśloną historyjką o oddanym w moje czcigodne ręce Astonie Martinie (na drugi dzień wrzuciłem notkę na koziołkowego bloga).

Z tego, co pamiętam, chyba nie spotkałem się ze zrozumieniem, ale przypominam, podekscytowany czekającą mnie przejażdżką za kierownicą Porsche Carrery 911 4S mojego kumpla, Krzyska.

Kurde, już mi z wrażenia jeży się włos tu i ówdzie :)


Na początku przepraszam za cross-posta.

Kilka dni temu sąsiadkę, starszą panią, odwiedził kuzyn z Erfurtu. Gość - pan po sześćdziesiątce - przyjechał do Krakowa na serwis ciała w swoszowickim uzdrowisku.

Niestety po serii zabiegów i późniejszych badaniach okazało się, że nie może w najbliższym czasie spędzić kilku godzin za kółkiem i odpadła droga powrotna do Niemiec w roli kierowcy samochodu.

Ponieważ Hardtmuth jest właścicielem piekarni i musi doglądać swojej trzódki, poprosił mnie, bym zaopiekował się do grudnia jego samochodem (co roku przed świętami jeździmy z żoną i znajomymi na tydzień do Erfurtu na słynny targ świąteczny na "Domplacu" i tamtejsze "bratwursty" - mógłbym auto przy okazji odstawić). Oczywiście nie mogłem starszemu panu odmówić i w ten sposób na dwa miesiące stałem się posiadaczem tego sympatycznego wozidełka.

Hardtmuth zasugerował, bym czuł się za kierownicą jak u siebie. Dlatego w ramach testów przejechałem się kilka razy po Krakowie, do tego wybrałem się na małą przejażdżkę autostradą do Katowic. No i niestety po ostatnim wyjeździe wyniknął problem :(

Po przejechaniu dwustu z małym hakiem kilometrów okazało się, że mój penis spuchł, oraz wydłużył się w wzwodzie o dwa centymetry. W związku z tym mam pytanie: czy nie zaszkodzi mi trasa trzy razy dłuższa?

Z harcerskim pozdrowieniem,

Koziołek



23:54, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Kurczę, przegapiłem siódmą rocznicę założenia mojego bloga. 30 lipca 2009 roku "popełniłem" pierwszą notkę, a 23 lipca na grupie pl.pręgierz "urodziłem" Turka Batuchana (13 sierpnia Batuchan zaistniał na blogu). Dobra. A teraz lecę po tort i siedem świeczek ;)

 

"Polskie kobieta" czyli Koziołek przywdziewa skórę z Turka (pl.pregierz, 23 lipca 2009)

Dzien dobry sziestkie.

Moja imie Batuchan, ja muslim meszczizna z Antalya, Turkiye. Ja byc studenta co przyjechal Krakow czeby studiuje - przepraciam za moje polskij jezyki, ale ja przyjechac april na kursa i jeszczia dobrze nie znaju.

Moja powiedziec cijacziel, ze byc taka useneta pregiez oby pozalic sie na rzecia roznych. Oto ja, Batuchan, poznalym wiela polskie kobieta ktorych zajezdzac do kurorta Antalya i one same bez swoje samcow byc. One straszna chciec sex uprawiac z turkiye chlopca.

U nas som wieksze muslimy i my sex robimy, ale one kobieta nie kciec zwykla sex tylko inny: one mowic mineta sex i kazac sobie lizac czipy. Jak muslim chlopca mowia co religie nasza nie pozwala lizac czipy, kobieta polkie nas przezywac od dzikus.

Ja nie wim, moza katolickie religia kazac polska chlopca lizac czipa kobieta, ale to nie byc dobra ziecz i ja pregiezia pietnuje to lizanie.

Pozdrawiam sziestkie,
Batuchan

PS. Ja tu jeszcia pisac na pregiezia bo tu ciekawia ludzi som i ja sie kciecz nauczyc lepsza polska jezyki.

14:16, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016

Jakiś czas temu zanabyłem nową zabawkę: przyzwoity skaner - może nie do końca w celach rozrywkowych, bo jest mi potrzebny w pracy, ale dzięki temu w głowie mej zaświtał zamysł, by zdigitalizować całe moje archiwum zdjęć.

Dzisiaj, skanując fotki z klasowej wycieczki sprzed dwudziestu czterech - prawie - lat, przypomniały mi się dwie historie.

Naszą wychowawczynią w technikum była pani Maria H. Osoba miła, ale jednocześnie ciężka w pożyciu dla kilkunastoletnich uczniów - swawolników. Starała się trzymać nas ostro za mordy, co ja osobiście doceniłem dopiero pod koniec szkoły średniej, gdy zrozumiałem, że wszystko to było dla naszego dobra i chyba się nie zmarnowało: z trzydziestu dwóch osób do matury nie podszedł tylko jeden gość, wszyscy zdali i siakoś ułożyli sobie życie. Wprawdzie dwóch z naszej klasy nie ma już wśród żywych, ale o to akurat nie obwiniał bym tej pani, tylko czynniki, jak się to mówi, zdrowotne.

Historia łan.

Będąc w klasie o profilu elektrycznym, mieliśmy zajęcia w laboratorium, czy jak się to nazywało. Łączyliśmy obwody, robiliśmy pomiary, a później z tego wszystkiego pisaliśmy sprawozdania.

Pewnego dnia uwagę naszą przykuł widok za oknem: umęczony, chudy gość ciągnął na smyczy wielkiego psa. Było tak do momentu, gdy pies zebrał się w sobie, szarpnął smyczą i wywrócił swojego pana prosto w kałużę.

Brechtnęliśmy, a nasz kolega, Krzysiu Żet, zwany Żołądem (z racji ogromnych porcji jedzenia, które podobno pochłaniał w internacie), zapomniał się i beztrosko zawołał:

- Patrzcie, jak ten pies go wkurwia! - i zmartwiał. My też. Jedynie nasz profesor zachował zimną krew i powiedział:
- Krzysiu. Mam propozycję. Za to, co teraz powiedziałeś, zgłosisz się do swojej wychowawczyni i poprosisz ją, żeby obniżyła ci ocenę ze sprawowania o jeden stopień. Dobrze?
- Dobrze, panie profesorze - przytaknął Żołąd, po czym obrócił się w naszą stronę i wyszeptał:
- Kurwa, a z czego mi obniży, jak już mam mieć naganne?


Historia tu.

Rok później pojechaliśmy na wycieczkę w Pieniny. Nocowaliśmy na kwaterach w pseudogóralskim domu w Krościenku. Zamysł naszej wychowawczyni, która znała nas jak zły szeląg sprawił, że wraz z Żołądem i trzema innymi kolegami przypadł mi pokój sąsiadujący przez ścianę z pokojem opiekunek, czyli pani H. i świetliczanki z naszej szkoły. Żeby nie robić przypału - zwłaszcza, że byłem pod lupą Pani Profesor - postanowiłem nie podpaść. Nie piłem i byłem grzeczny. Inaczej, niż nasz kolega Żołąd, który do spółki z drugim kolegą zabrali w góry pięciolitrową beczułkę piwa.

Że krzysiu miał słaby łeb, musiało coś z tego wyjść. Najpierw, po spożyciu swojej porcji piwka, odlał się klęcząc i chwiejąc przez okno (a było to trzecie piętro), a potem otworzył drzwi szafy ściennej i zaśpiewał kołysankę:

Ach śpij, kochanie
Może dobre czeka cię jebanie
Niech ci kurwy przyśnią się
Niech ci penis spuści się
Kto ma dupczyć, jak nie ty!

Po czym poszedł spać.

Na drugi dzień rano mieliśmy odprawę przed wyjściem w góry. Nasza pani profesor zasugerowała, byśmy poszli na Trzy Korony, a po drodze zahaczyli o Bryjarkę. Ponieważ jako leniuszek byłem przeciwnikiem jakiegokolwiek łażenia po górach ponad niezbędne minimum, z rozpaczą w głosie zawołałem:

- Nie idę na żadną bryniarkę! (i tak w naszej klasie "bryniarka" stała się synonimem pijaństwa)

Gdy już wszystko było ustalone i rozdysponowane, tałatajstwo rozchodziło się, by przygotować do wymarszu, nasza wychowawczyni powiedziała:

- Krzysiu. Jeszcze jedno. Zapisz mi tekst tej kołysanki, którą śpiewałeś wczoraj wieczorem. Żebym nie zapomniała.

Okazało się, że szafa, do której wnętrza śpiewał Żołąd, była przedzielona słomianką z identyczną szafą w pokoju naszych opiekunek...

 

A na deser zdjęcie. Koziołek na samym dole, w bandanie z prześcieradła. A Żołąd też tu jest. Ale nie pokażę, który ;)



23:09, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 marca 2016

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałem w "norze" na Kościuszki (mieszkanie na parterze kamienicy, przerobione z jakiegoś magazynu; nawet w upalny, letni dzień ciemno było tam jak w dupie - za sprawą grubych na prawie metr murów i jedynego, wąskiego okienka), kolega Wojtek zakładał jedną z pierwszych w Polsce firm, zajmujących się budową serwisów internetowych i hostingiem.

Całkiem dobrze mu to szło. Po pewnym czasie, gdy chudy kotek stał się sytym kocurem, przyszedł czas na zmianę siedziby - z ciasnego lokalu w okolicach Ronda Mogilskiego, na biuro z prawdziwego zdarzenia, wraz z przyległą serwerownią, w wypasionym biurowcu.

Tak się składa, że walczyli wtedy o kontrakt w pewnej dużej firmie farmaceutycznej - polski oddział jednej z tych największych (druga połowa lat dziewięćdziesiątych to była, kontrakt praktycznie był klepnięty, a umowa miała ich wynieść na finansowe wyżyny) i zawitać miał do nich Dyrektor Marketingu tejże. Umówieni byli w przyszłym tygodniu, po przeprowadzce na nowe śmieci.

Traf sprawił, że dyrmar wracał z jakiegoś służbowego wyjazdu i przejeżdżał przez Kraków. Postanowił zatem zrobić chłopakom niespodziewankę i odwiedził ich pod starym adresem. Jako że przeprowadzka miała się ku końcowi, zostało przeniesione wszystko za wyjątkiem stojących w odrapanym i brudnym pokoju serwerów, trafił na taki obrazek: dwóch skacowanych, zarośniętych gości (Wojtek i jego pracownik), siedzących na składanych krzesełkach, grających w warcaby i topiących pety w musztardówce z wodą. Melina normalnie.

- Dzień dobry. Jestem dyrektor X. Czy to biura firmy I.? Zastałem prezesa Sz.? - Wojtek niezgrabnie podniósł się z fotelika, wyciągnął łapsko i rzekł:
- Wojciech Sz. Miło mi. Proszę nam wybaczyć, ale właśnie się przeprowadzamy...
- To jak się już panowie przeprowadzicie, skontaktuję się z wami - powiedział pan dyrektor i wyszedł. I chuj bombki strzelił, bo już nie wrócił.

Wojtuś do dzisiaj z niesmakiem wspomina całą akcję, mówiąc: "A mogłem być drugim Filipiakiem..."

 

22:07, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 grudnia 2015

Było to w czasach, gdy Romek Polański nie znał jeszcze mojego brata, a ja dopiero co zgoliłem długie włosy - czyli dawno.

Pewnego upalnego dnia w lipcu 1995 roku, ojciec mój wziął mnie na budowę domu pod Wadowicami i tak mi rzekł:

- Synu mój. Jeżeli nie weźmiesz szpadla w swoje lewe ręce i nie wykopiesz tu dołu pod osadnik, do dupy pojedziesz, a nie do Łeby - po czym za dobrze zrobioną, ukończoną robotę obiecał mi pięćset złotych, za które to pieniądze miałem spędzić dwa rozpustne i upojne tygodnie nad polskim morzem.

I słowo ciałem się stało.

Następnego dnia, skoro świt, odpaliłem zieloną skodę favorit rodziców i pognałem na oddaloną o dwa kilosy budowę. Przebrałem się w ferszalung, założyłem rękawice i w swe czcigodne, niespracowane dłonie ująłem sztyl od szpadla. Zamachnąłem się i wbiłem!

Niestety gówno mi to dało, bo ziemia pod Wadowicami gliniasta jest. Powiem więcej - w tym miejscu była to wysuszona na kamień, żółtobrązowa skorupa, którą ostrze szpadla naruszyło może na dwa centymetry wgłąb. Spróbowałem jeszcze raz - to samo. Jeszcze, i jeszcze, i jeszcze raz - bez rezultatu. Stanąłem zatem zdruzgotany, jedną ręką otarłem pot z czoła, drugą podrapałem się w kroku i zadumałem. Co tu można zrobić?

Objawienie przyszło znienacka - jak rozpękająca się piłeczka na głowie Pomysłowego Dobromira: wbiję z rozmachem szpadel ile wejdzie, potem stanę na nim i kołysząc się z boku na bok, zagłębię w glinę. Następnie plasterek po plasterku wybiorę dół, który miał mieć wymiary dwa na dwa na dwa metry - osiem metrów sześciennych gliny o konsystencji gumowej podeszwy. Jak wymyśliłem, tak też zrobiłem.

Okazało się, że zabanglało. Wprawdzie nie była to błyskawica - ważyłem wtedy tylko siedemdziesiąt pięć kilo i parszywa ta waga (nie to, co teraz), pozwalała odkrawać plastry gliny co najwyżej trzycentymetrowe. Ale ważne, że szło.

Po dwóch godzinach moje wkurwienie sięgnęło zenitu. Niestworzony do pracy fizycznej student prawie już drugiego roku dostał odcisków na łapach i prawej stopie, a do tego grzało słońce i pot obficie ściekał mi po twarzy. Patrząc na mizerne efekty mojej roboty, rzekłem: dość! Wsiadłem do auta, odpaliłem silnik i pognałem na plac targowy, coby dokonać zakupu towaru pierwszej potrzeby w moich okolicznościach przyrody: kasety Alboom - płyty, którą Liroy latem 1995 roku wypłynął na szerokie wody polskiego szołbiznesu. Bluzgi i przekleństwa, plus "ostra" muzyka, miały pomóc przetrwać mi najbliższe dni.

I tak się też stało. Odtwarzacz włączony w tryb "autorevers", od rana do późnego popołudnia pomagał mi w walce z gumiastą gliną. Było tak do momentu, gdy skończyłem, a z dołu dało się wyleźć wyłącznie po drabinie.

Trwało to dwa tygodnie. Gdy skończyłem, był upalny początek sierpnia.

Zaprosiłem wtedy mojego starego do samochodu, zawiozłem go na budowę i rzekłem, wskazując ręką w kierunku głębokiej dziury w ziemi:

- Skończone, ojciec - na co on pokiwał głową, wyjął portfel z kieszeni, z niego pięć stówek, a wręczając mi je powiedział:
- Jedź do Łeby, synu. Tylko nie złap syfa.

I pojechałem. Na dwa wspaniałe, upalne tygodnie. Tu na chwilę zamilknę, bo bloga czytuje moja żona, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...

Traf sprawił, że pod koniec moich nadmorskich wakacji rozpadało się niemiłosiernie. Wracałem przemoczony, z mokrym plecakiem na ramieniu, w przemoczonych butach. Do mokrych Wadowic. Mój stary, który miał wykop w ciągu tych dwóch tygodni zaszalować, następnie zabetonować, tego nie zrobił.

Deszcze rozmiękczyły glinę, trzy ściany z czterech obsunęły się do dołu, tworząc wielki lej. Oczywiście ojciec, człowiek o ciężkim charakterze, całą winę zwalił na mnie. I za karę przez następne dwa tygodnie, stojąc po kostki w rozmiękłej glinie, na przemian wylewałem z dołu wiadrem wodę, wybierałem glinę, szalowałem i betonowałem.

Krótko mówiąc: znowu wyszedłem na chuja...

02:15, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (4) »
sobota, 05 września 2015

Dawno, dawno temu, zaraz po studiach, wpadłem do Wadowic, by spotkać się z kolegą. Powiedzmy Krzyśkiem Żet. Usiedliśmy w wiejskiej knajpce, walnęliśmy po parę browarów, następnie przenieśliśmy się na pobliską ławeczkę. Tam nabiłem Szamańskim Zielem fajeczkę i przypaliliśmy.

Traf sprawił, że całą akcję ktoś widział i po prawie roku podpierdolił Krzysia na policję. Niby że miał trawę i częstował jakichś tam małolatów, co było nieprawdą.

W związku z tym (pięć lat zapieprzania do jednej klasy w technikum zobowiązuje) postanowiłem zeznać w jego sprawie, wziąć wszystko na klatę i potwierdzić, że kolega "ma tyle z narkotykami, co z mercedesami", palenie było moje, bo lubię sobie przyjarać i robiłem to tylko ja - nikt nikogo nie częstował (za to było parę lat srania w pasiaki, nie wiem, jak jest teraz).

Specjalnie umówiłem się z śledczym na okolice Wielkanocy, co by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i odwiedzić wraz z żoną - a wtedy narzeczoną - moich rodziców. Przy okazji spotkać się z rodzinką z Bydgoszczy, która rodziców akurat odwiedziła.

Idąc na przesłuchanie, naściemniałem mamie, że rzecz się tyczy jakiejś ukradzionej kosiarki spalinowej, o której nic nie wiem.

Po przesłuchaniu zadowolony z siebie wparowałem na rodzinny obiad, gotów opowiedzieć, jakie to kołomyjki są z nieszczęsną, skradzioną koledze kosiarką. I tu wyszło, że nie doceniłem mojej mamy, jej kontaktów i innych takich - mama przez dwadzieścia lat była kierowniczką centrali telefonicznej, po upadku komuny w TP i prawie wszystkich w tym nieszczęsnym, świętym mieście znała.

Gdy już wyluzowany usiadłem przy zastawionym stole obok Mojego Kochania, mama na cały głos spytała:

- To co, jaraliście z Krzyśkiem tę gandzię?

Przyznam, że szczęka mi opadła...



00:03, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (2) »
niedziela, 05 kwietnia 2015

Dawno, dawno temu, na początku epidemii AIDS (młode lata osiemdziesiąte), obejrzeliśmy z bratem jeden z odcinków Kliniki Zdrowego Człowieka. Był wtedy taki program, prowadzony przez siakiegoś doktora - gościa w średnim wieku, w brylach a la  Suzin. Odcinek ten traktował o narkomanach i bzykaniu - głównych źródłach hifa.

Ja miałem osiem lat, więc co nieco do mnie dotarło. Na tyle, by parsknąć śmiechem, gdy mój ukochany, pięcioletni braciszek przywitał powracającą do domu mamę, gromkim:

- Cześć prezerwatywa!

20:53, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 stycznia 2015

Kiedy byłem małym chłopcem - Hej!, zabierali nas ze szkoły na tzw. wyjścia do kina. Wyświetlane gówniarzerii filmy to przeważnie Akademie Pana Kleksa, albo inne Nad Niemnem (do końca życia nie zapomnę, jak mój trzynastoletni kolega, Adam K. zasłaniał sobie oczy, gdy główna bohaterka myła cycki), ale pewnego razu poszliśmy na Piratów XX wieku. I to był szok!

"Radziecki statek towarowy, przewożący opium do celów medycznych, zostaje zaatakowany przez bezwzględnych piratów. Załoga zostaje pozostawiona na tonącym statku na pewną śmierć, lecz udaje im się z niego uciec. Teraz będą musieli stanąć do walki z piratami, by przeżyć."

Po wyjściu z kina czułem się tak, jakby ził wapna zlasował mi mózg (a miałem jakieś dwanaście lat) - toć ruski film, a prawie jak amerykański?! I od tego czasu rzymskie cyferki oznaczające stulecie stały się dla mnie wyznacznikiem szyku i fasonu.

W tych pradawnych, zamierzchłych czasach mieszkaliśmy, znaczy rodzice, brat i ja, w służbowym mieszkaniu wadowickiej Łączności (dla młodzieży: Łączność to coś, co zostało w '89-tym rozparcelowane na Pocztę i Telekomunikację, a następnie w połowie sprzedane Kulczykowi (i tym samym Francuzom). Za plac zabaw robił nam plac parkingowy, warsztaty i dawny ogród bankowy, a gdy już nam się na tym podwórku nudziło, robiliśmy skok przez płot i graliśmy w nogę na sąsiednim boisku podstawówki.

Ojciec nasz znany był z dwóch rzeczy: po pierwsze z regularnością szwajcarskiego zegarka marki Atlantic, którego był właścicielem, pojawiał się za kwadrans trzecia w furtce naszego lokum, wracając z pracy. Ubrany w eleganckie materiałowe spodnie, dzierżył w łapie teczkę, taką niby aktóweczkę. Zamiast papierami, wypchana była parasolem, portfelem - podkówką, a  od czasu do czasu "prezentami".

Prezentami nazywał on "deputaty", którymi obdzielała pracowników fabryka, w której pracował: WSW Andoria. Firma ta słynęła na całą Polskę i bliski wschód z produkcji silników wysokoprężnych, a swoich pracowników sowicie wynagradzała, uzbrajając ich w mydło, pastę BHP i kalesony.

I tu właśnie muszę wspomnieć o rzeczy drugiej: otóż stary nasz po przyjściu z pracy wskakiwał w tak zwany strój domowy: kalesony! W kalesonach tych chodził po domu, wynosił śmieci i schodził do piwnicy po kupowane na jesieni ziemniaki. Kalesony były takim jego znakiem rozpoznawczym.

No i tak mi właśnie przyszło do głowy: otóż moje kochanie dawno, dawno temu kupiła mi spodnie od dresu. Czarne, ciepłe (ale nie za gorące) i w chuj wygodne. I tak je katuję - chodzę w nich po domu, zaglądam do sąsiada i złażę do garażu, wyjąć z auta paczkę mleka.

No i przyszło mi do głowy, że dresy to takie kalesony XXI wieku...

PODWÓRKO

To na tym podwórku wychowaliśmy się z bratem. Teraz smutne i ponure, wtedy takie nie było: zawsze parkowało tu kilkanaście nysek, żuków i starów, nie zawsze zamkniętych, w których mogliśmy siąść za kierownicą i z których demontowaliśmy maski, owijając je następnie kłębami kabli - to były nasze statki kosmiczne.

23:55, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Tu w tym mieście Wadowicach wszystko się zaczęło. I picie się zaczęło, bzykanko się zaczęło, zwałka się zaczęła - mógłbym rzec, parafrazując mojego wielkiego ziomka, Lolka Wu.

Kiedyś o tym napomknąłem, a dzisiaj opiszę mój pierwszy dzień, gdy zostałem przyłapany przez rodziców "po pijaku". Nie będzie to może proza Pilcha lub Hłaski, ale trudno ;)

Dawno, dawno temu, gdy miałem jeszcze osiemnaście lat, długie włosy, zero nadwagi i byłem bożyszczem co poniektórych koleżanek (a przynajmniej tak mi się zdaje), wziąłem udział w zakrapianych urodzinach naszej czterdziestoparoletniej koleżanki z placu targowego, niejakiej pani Hani.

Będąc jednym z tam handlujących (z doskoku wprawdzie, bo z racji uczęszczania do technikum tylko po szkole, albo w wakacje / ferie, wpadałem na wspólny z kolegą Darkiem stragan książek) musiałem swoje wypić. Mimo słabej jeszcze głowy i zerowego konta pijackich objawień u rodziców, zabrałem się do rzeczy równo z innymi.

Zaczęło się od szklanki, takiej do kawy plujki, wódy pół na pół z cytronetą. Po niej nastąpiła identyczna salwa, a za chwilę jeszcze pół, gdy pomogłem zmęczyć miksturę koledze, który z racji tego że prowadził (!!!), nie mógł więcej pić.

Po tej porcji sake byłem już ciepły, ale inny kolega, który miał jeszcze smaki, zaproponował po kruszonie (pamiętacie może takie napoje alko, w butelkach 0,33 z oranżady?). Z jednego zrobiły się dwa. I w połowie tego drugiego urwał mi się film.

Resztę pamiętam właśnie jak kilkukrotnie zerwany film, byle jak posklejany i z brakującymi fragmentami:

CIACH! Siedzę na trawniku pod placowym barem (lato to było) i rzygam rzez ramię, co by nie zarzygać spodni CIACH! Kolega Darek cuci mnie pod kranem w tamtejszym szalecie CIACH! Siedzę na stołku przed naszym straganem, jeden z kolegów karmi mnie cytryną ("to pomaga na rzyganie"), a ja pomiędzy jednym  drugim kęsem puszczam pawia na jego rękę CIACH! Budzę się złachany na dywanie w domu Darka: "nie puściłem cię do domu, bo i tak starzy, nawet jak cię teraz zobaczą, to zabiją".

Tu ścinki się skończyły, ochłonąłem z deka i ruszyłem, niczym zombi, do domu. Po drodze opracowałem bajeczkę, jaką miałem zamiar sprzedać rodzicom, by wytłumaczyć mój godny pożałowania stan i ciągłe wymioty. Gdy tylko stanąłem w drzwiach, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, była wizyta w kiblu i rozmowa z Wodnikiem Szuwarkiem. Potem padły Trzy Magiczne Słowa, jak mantra mające chronić przed wyimaginowanym w mym zmacerowanym podłym trunkiem mózgu gniewem rodziców: STRUŁEM SIĘ HOT-DOGIEM. Następnie rozścieliłem tapczan, walnąłem się w pościeli, a jako zbawca - towarzysz niedoli posłużyła mi postawiona obok łóżka miednica, którą co kilka - kilkanaście minet zaszczycałem czołobitnym ukłonem.

Obrzędy te w pewnym momencie przerwał mi mój jeszcze niewinny, piętnastoletni, braciszek. Wszedł do pokoju, usiadł na swoim tapczanie i zagaił:

- Sebastian, powiedz. Piłeś coś?
- Nie... Strułem się hot-dogiem... - wyrecytowałem
- Nie bój się, nie powiem rodzicom. Piłeś wódkę?
- Nie... Strułem się hot-dogiem...
- Aha, bo wiesz. Początkujący alkoholicy tak mają.

Jak widzicie, nie umarłem, choć konałem cały ten dzień, całą noc i pół dnia następnego. W oczach rodziców zrobiłem coming - out, gubiąc wianek tego, co nie pije. A do tego na jakiś czas straciłem jedną z koleżanek. Spytacie, jak? Otóż gdy tak kimałem na foteliku koło straganu, odwiedziły nas nasze dwie szesnastoletnie koleżanki, Asia i Anetka. Gdy  rozmawiały z moimi kolegami, w pewnym momencie się ocknąłem, spojrzałem na nie spod kaprawych powiek i ku uciesze gawiedzi zawołałem:

- Asiu, ciebie mógłbym bzykać nawet na rowerze!!!

21:22, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5



GG:23200496