niedziela, 06 marca 2016

I znów się pochwalę.

Od trzech dni trzymam z rańca dziewięćdziesiąt sześć kilosów - to cztery kilo mniej, niż się ostatnio chwaliłem. Jako dowód zapodaję fotkie :)

...a jak już się oswoiłem z tym moim szczęściem, przyszło mi do głowy: a może by się tak obnażyć? ;) Postanowiłem więc pstryknąć sobie słit focię i zarzucić ją na fejsa - i tutaj.

Zatem tak wczoraj wyglądał Koziołek :)

22:16, koziolek_matolek_1234 , się chwalę
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 marca 2016

Moi Kochani Czytelnicy. W tym roku mija siedem lat, odkąd prowadzę koziołkowego bloga. Tak się składa, że odczułem właśnie  twórczą niemoc - poważnie zastanawiam się nad jego zamknięciem - po prostu coś się chyba we mnie wypaliło i wenę szlag trafił.

Decyzja nie jest jeszcze ostateczna, może spleen minie, a ja znów wypłynę na ocean pomysłów? Mam przynajmniej taką nadzieję.

W każdym razie dzisiaj wrzucam notkę, której szkic leżał na dysku mojego komputera od paru miesięcy. A później? Cóż, czas pokaże...

 

Mój dobry kolega pracował swego czasu w dziale handlowym producenta gumek na miłość. Tak się złożyło, że na wszelkiego rodzaju imprezach i wyjazdach firmowych wątroby nie oszczędzał - nie ma nic przed napiciem się dobrego alkoholu.

Któregoś grudniowego dnia firma zorganizowała "Wigilię" w Willi Decjusza - cały zarząd i biuro brały udział w tym "A, Ę" spotkaniu. Z racji tego, że był obecny również Prezes, było trochę drętwo. Także alko - w postaci wina - było wydzielane przez kelnerów bardzo oszczędnie i tak też popijać zmuszony był kolega.

W pewnym momencie wstał jeden z członków zarządu, zastukał w kieliszek i wygłosił spicz:

- Proszę państwa! Prosiłbym, aby ci z państwa, którzy nie piją wina, przy następnej kolejce pozwolili kelnerom napełnić swe kieliszki! - i tak się też stało. Po następnym rozlaniu na stole nie było pustego naczynia i w każdym mieniło się winko. Wtedy też pan wstał ponownie, zastukał w swój kielich i powiedział:

- A teraz państwo niepijący - proszę wszystkie kieliszki przekazać w ręce pana Sławka!

Kolega poczuł się zaszczycony...

20:53, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (2) »
środa, 17 lutego 2016

W pewnej firmie pracuje sobie gostek. Nazwijmy go Sklejką. Sklejka znany jest z tego, że lubieżnik pierwszej wody - nie przepuści żadnej, której nie przerazi jego wredna, ospowata aparycja. Jeśli dziewczę się zbliży - pułapka się zamyka niczym rosiczka na muszce i pozamiatane.

Swego czasu Sklejka został ubrany w rolę Magazyniera. Dostał klucze do kanciapy, gdzie trzymano różne doczesne dobra. Jednym z nich był solidny kawał zielonej, syntetycznej linki. Traf sprawił, że podczas jesiennej akcji targowej, ktoś kumaty zgłosił zapotrzebowanie na ów zielony sznurek i udał się do Sklejki. A tu zonk! Nie ma!!!

- "Nie mam pańskiego sznurka. I co mi pan zrobisz?" - Mógłby zapewne Sklejka sparafrazować słynny cytat z Misia. Czy tak było - nie wiem. Ważne, że nie dał - bo w magazynku nie miał. Cała firma zachodziła w głowę. Co stało się z zielonym sznurkiem?

Sprawa wyjaśniła się pół roku później: otóż Sklejka - znany erotoman - pochwalił się chłopakom, że poznał panią, która lubi sado-maso. Gdy nikt mu nie chciał wierzyć, zawołał: patrzcie! Wyjął smartfona i pokazał zdjęcie.

Ponoć kolejka ustawiła się długa. każdy chciał zobaczyć nową wybrankę. Niestety na zdjęciu mogli podziwiać jedynie Sklejkę, odzianego w majtki, leżącego na łóżku z przybrudzonym prześcieradłem i spętanego na jak baleron długą, zieloną linką...

23:17, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 lutego 2016

Stałym punktem dnia w domu Koziołka są obrzędy, związane z położeniem Młodego do łóżka. Rozpoczynają się koło godziny dziewiętnastej, gdy Tatuś Sebuś przygotowuje młodzieży kolację w postaci kanapek i mleko - dla Matiego krowie, dla Julki modyfikowane.

Następnym punktem programu jest dobranocka. Czasem jest to film na Jim Jam, czasem bajka z płyty lub pendraka. Sporadycznie coś z jutjuba, odpalone na tablecie - jak dzisiaj Teletubisie - nowe odkrycie Mateusza. Przy czym nie należy jej lekceważyć: od tego, co było oglądane, zależy, o czym będzie opowiadana przeze mnie tego wieczorna bajka.

Po żarełku mycie zębów (muszę bardzo pilnować: towarzystwo najchętniej zjadłoby samą pastę, nie szczotkując kłów), rączek i buziek. I oczywiście przebranie w piżamki - zazwyczaj wcześniej, może być przed kolacją, jak i przed samym pójściem spać.

Żona usypia Julkę, ja w tym samym czasie, w drugim pokoju Mateusza. Dawniej na dobranoc czytałem książeczkę, obecnie muszę opowiadać bajkę. Zazwyczaj jest to improwizacja na temat dobranocki.

Aby ułatwić sobie sprawę, opracowałem następującą procedurę: szkieletem każdej opowieści jest zarys fabuły filmu samoloty. Że główny bohater, pochodzący z siakiejś pipidówy "wieśniak", bardzo chce wziąć udział w wielkim wyścigu dookoła świata. Po eliminacjach - z początku przegranych - dowiaduje się, że kogoś tam zdyskwalifikowano i może wskoczyć na jego miejsce. Następnie jest start z Nowego Jorku, liczne perypetie w podróży wokół globu, wzloty i upadki. Na końcu chwała, nasz bohater wygrywa i w glorii zwycięzcy wraca do Pipidówy Mniejszej. Koniecznie każdą opowieść zaczynam słowami: "Za siedmioma morzami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma górami", a kończę: "Dwie dziurki w nosie i skończyło się. Ładna była bajeczka?" Na co młody odpowiada twierdząco i po minucie odpływa.

Całość zajmuje mi dziesięć minut, do kwadransa i nie jest psychicznie zbyt wyczerpujące.

Dzisiaj na przykład poleciałem tak:

Za siedmioma morzami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami, za siedmioma górami było sobie małe miasteczko. W miasteczku tym mieszkały Teletubisie [nawiązanie do tego, co dzisiaj było oglądane]. Pewnego dnia Teletubisie zapragnęły wziąć udział w wielkim wyścigu dookoła świata. W tym celu pojechały do malutkiego miasteczka Los Angeles, by wziąć udział w eliminacjach. - Tutaj wtrącił się Młody, mówiąc:
- Tatuś Sebuś. Ale Teletubisie nie jeżdżą, tylko chodzą. Autobusik jeździ! - nawiązanie z jego strony do przerabianej w ubiegłym tygodniu bajki o Małym Autobusiku z Pipidówy Górnej.

Po podróży wokół globu, którą Teletubisie na własnych nogach zaliczyły w kilka dni, zakończyłem tak:

Z Wysp Hawajskich Teletubisie poszły wielkim mostem do Meksyku. Tam, przez suche pustynie, pod palącym słońcem, dotarły do Stanów, potem przeszły przekopanym pod meksykańską granicą tunelem ("Tatuś Sebuś, a w tym tunelu była ciuchcia Stary Pit?") do międzystanowej autostrady. Aż dotarły do małego miasteczka Nowy Jork, gdzie akurat był wielki pożar - całe miasteczko płonęło! Całe szczęście nadleciał strażak Dusty Popylacz, ugasił pożar, a Teletubisie wygrały i były bardzo szczęśliwe. Przybyła telewizja, radio i prasa, a wszyscy wokół im gratulowali. Itd., itp.

A jak już skończę, czas na relaks. Można napić się wina, pogadać na fejsie, albo pozmywać gary ;)

21:43, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

W sumie nie wiem, czy powinienem się tym chwalić. Ale dobra, niech będzie, w końcu wspominałem Wam o mojej diecie.

Osiem lat temu minąłem pędem "setkę", mknąc w górę skali mojej wagi łazienkowej. Wyhamowałem dwa lata temu, naście kilogramów powyżej, by następnie zacząć mozolny pochód w dół.

Przyspieszyłem znacznie opadanie dwa miesiące temu, by wczorajszego ranka, po raz pierwszy od 2007 roku, nie ujrzeć znienawidzonego Centum.

Tak więc potraktujcie mój wpis jako tzw. samomotywujący, w upartym dążeniu do położonego niżej celu :)

22:37, koziolek_matolek_1234 , się chwalę
Link Komentarze (6) »
środa, 13 stycznia 2016

Dzisiaj muzycznie.

Zajebisty - IMHO - kawałek, zajebistej - IMHO - synthpopowej grupy. Właśnie kupiłem najnowszą płytę i czekam na przesyłkę.

Klip oglądam czwarty raz i coraz bardziej skupiam się na wizualiach :)

22:10, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 grudnia 2015

Było to w czasach, gdy Romek Polański nie znał jeszcze mojego brata, a ja dopiero co zgoliłem długie włosy - czyli dawno.

Pewnego upalnego dnia w lipcu 1995 roku, ojciec mój wziął mnie na budowę domu pod Wadowicami i tak mi rzekł:

- Synu mój. Jeżeli nie weźmiesz szpadla w swoje lewe ręce i nie wykopiesz tu dołu pod osadnik, do dupy pojedziesz, a nie do Łeby - po czym za dobrze zrobioną, ukończoną robotę obiecał mi pięćset złotych, za które to pieniądze miałem spędzić dwa rozpustne i upojne tygodnie nad polskim morzem.

I słowo ciałem się stało.

Następnego dnia, skoro świt, odpaliłem zieloną skodę favorit rodziców i pognałem na oddaloną o dwa kilosy budowę. Przebrałem się w ferszalung, założyłem rękawice i w swe czcigodne, niespracowane dłonie ująłem sztyl od szpadla. Zamachnąłem się i wbiłem!

Niestety gówno mi to dało, bo ziemia pod Wadowicami gliniasta jest. Powiem więcej - w tym miejscu była to wysuszona na kamień, żółtobrązowa skorupa, którą ostrze szpadla naruszyło może na dwa centymetry wgłąb. Spróbowałem jeszcze raz - to samo. Jeszcze, i jeszcze, i jeszcze raz - bez rezultatu. Stanąłem zatem zdruzgotany, jedną ręką otarłem pot z czoła, drugą podrapałem się w kroku i zadumałem. Co tu można zrobić?

Objawienie przyszło znienacka - jak rozpękająca się piłeczka na głowie Pomysłowego Dobromira: wbiję z rozmachem szpadel ile wejdzie, potem stanę na nim i kołysząc się z boku na bok, zagłębię w glinę. Następnie plasterek po plasterku wybiorę dół, który miał mieć wymiary dwa na dwa na dwa metry - osiem metrów sześciennych gliny o konsystencji gumowej podeszwy. Jak wymyśliłem, tak też zrobiłem.

Okazało się, że zabanglało. Wprawdzie nie była to błyskawica - ważyłem wtedy tylko siedemdziesiąt pięć kilo i parszywa ta waga (nie to, co teraz), pozwalała odkrawać plastry gliny co najwyżej trzycentymetrowe. Ale ważne, że szło.

Po dwóch godzinach moje wkurwienie sięgnęło zenitu. Niestworzony do pracy fizycznej student prawie już drugiego roku dostał odcisków na łapach i prawej stopie, a do tego grzało słońce i pot obficie ściekał mi po twarzy. Patrząc na mizerne efekty mojej roboty, rzekłem: dość! Wsiadłem do auta, odpaliłem silnik i pognałem na plac targowy, coby dokonać zakupu towaru pierwszej potrzeby w moich okolicznościach przyrody: kasety Alboom - płyty, którą Liroy latem 1995 roku wypłynął na szerokie wody polskiego szołbiznesu. Bluzgi i przekleństwa, plus "ostra" muzyka, miały pomóc przetrwać mi najbliższe dni.

I tak się też stało. Odtwarzacz włączony w tryb "autorevers", od rana do późnego popołudnia pomagał mi w walce z gumiastą gliną. Było tak do momentu, gdy skończyłem, a z dołu dało się wyleźć wyłącznie po drabinie.

Trwało to dwa tygodnie. Gdy skończyłem, był upalny początek sierpnia.

Zaprosiłem wtedy mojego starego do samochodu, zawiozłem go na budowę i rzekłem, wskazując ręką w kierunku głębokiej dziury w ziemi:

- Skończone, ojciec - na co on pokiwał głową, wyjął portfel z kieszeni, z niego pięć stówek, a wręczając mi je powiedział:
- Jedź do Łeby, synu. Tylko nie złap syfa.

I pojechałem. Na dwa wspaniałe, upalne tygodnie. Tu na chwilę zamilknę, bo bloga czytuje moja żona, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...

Traf sprawił, że pod koniec moich nadmorskich wakacji rozpadało się niemiłosiernie. Wracałem przemoczony, z mokrym plecakiem na ramieniu, w przemoczonych butach. Do mokrych Wadowic. Mój stary, który miał wykop w ciągu tych dwóch tygodni zaszalować, następnie zabetonować, tego nie zrobił.

Deszcze rozmiękczyły glinę, trzy ściany z czterech obsunęły się do dołu, tworząc wielki lej. Oczywiście ojciec, człowiek o ciężkim charakterze, całą winę zwalił na mnie. I za karę przez następne dwa tygodnie, stojąc po kostki w rozmiękłej glinie, na przemian wylewałem z dołu wiadrem wodę, wybierałem glinę, szalowałem i betonowałem.

Krótko mówiąc: znowu wyszedłem na chuja...

02:15, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 grudnia 2015

Jak to bywa przed Świętami, siedzielibyśmy we trzech w pracowni, patrzylibyśmy się na siebie i rozprawiali o dupie Maryny. Gdyby nie jedno spore zlecenie, które akurat nam wpadło i które to musimy wydrukować do końca roku. Dlatego też dwóch dobrze ubranych Cyganów, którzy młodym popołudniem stanęli w drzwiach, było nam potrzebnych jak wrzód na dupie.

- Dzień dobry. Szefuńciu, mamy problem! - zagaił niższy.
- Dzień dobry - odpowiedziałem, rejestrując jak Adam w pośpiechu chowa nasze portfele i komórki.
- Szefuńciu, pożyczyłem auto od kolegi, ale zgubiłem tablicę rejestracyjną. Nie mogę mu takiego oddać. Dacie radę dorobić? - spytał niski, pokazując za siebie na wypasioną furę na łódzkiej rejestracji, którą stanowił kawałek kartonu z wypisanym markerem ciągiem liter i cyfr.
- Panowie, nie na dzisiaj. Maszyny chodzą cały czas. Może być na jutro rano.
- Na jutro... Szefuńciu, a ile to będzie kosztować? - podałem cenę 60 złotych, moim skromnym zdaniem wysoką, jak za wąski pasek plastiku z naklejką. - No dobrze, niech będzie na jutro - zgodził się klient, po czym usiadłem do komputera i zabrałem się za zrobienie projektu. Czytaj: wklepanie numeru w gotowy szablon.

Nagle zobaczyłem skradającego się do mnie wyższego z Cyganów. Wsuwając po kryjomu (Adaś udał, że nie widzi) stówkę pod kartkę papieru, leżącą na biurku, wyszeptał konfidencjonalnie:

- A damy radę na dzisiaj?
- OK, będzie na czwartą - poddałem się, równocześnie kalkulując, czy para Romów może być ekipą tajniaków, biorących udział w akcji przeciwko producentom "lewych" tablic - ale pokażcie panowie dowód rejestracyjny - wolałem się upewnić, czy aby numery nie są lipne.

Jakiś czas później.

Pablo kończył docinać tabliczkę, gdy ponownie pojawiła się u nas dwójka śniadych dżentelmenów. Wyraźnie uszczęśliwieni przyglądali się owocom pracy pawłowych rąk.

- Szefuńciu. A zamocuje nam pan?
- Zamocuję - odparł Pablo, ubrał kurtkę i poszedł majstrować przy przedniej ramce. Panowie stali obok siebie, obserwując postęp prac. Niższy, z przygotowanym w ręce napiwkiem dla Pawła, klepnął ukontentowany wyższego kolegę w ramię i powiedział:

- Zobacz Sajmon, wygląda jak prawdziwa. Roman mnie nie zabije. Jednak my, Polacy, umiemy kombinować!

22:42, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 grudnia 2015

Byłem dzisiaj - jak co tydzień - z Julcią na basenie. Moja dwulatka bardzo lubi wodę. Ciapie, nurkuje, a spod prysznica przed wejściem na basen nie jestem w stanie jej wyciągnąć, stoi wyprostowana i z radością zażywa kąpieli, mimo że woda silnym strumieniem leje się jej na główkę.

Ale o co kaman. Dzisiaj w naszej grupie był trochę starszy od niej chłopczyk. Z tatą, tak więc przebieraliśmy siebie i młodziaków w jednej szatni.

Kiedy już rozebraliśmy dzieci z kąpielowych pieluszek i wytarliśmy, przez chwilę leżały obok siebie na przewijakach, na golasa. Nagle młody zainteresował się piśką mojej córki, pokazał na nią palcem i spytał:

- Co to? Co to?!
- Jak to, "co to" synku? - spytał zdziwiony ojciec.
- Tatusiu, gdzie ona ma siusiaka? - rodzica zamurowało, więc pośpieszyłem z odsieczą i postanowiłem wyjaśnić co nieco smykowi:
- Bo wiesz, Jasiu, to jest dziewczynka. A dziewczynki - takie małe i większe, nie mają siusiaczków - na co młody, z krzykiem:
- To nieprawda! Moja mama ma siusiaka!!!

Żeby nie było, że ja słomkę w cudzym oku widzę, a belki w swoim nie: do szóstego roku życia byłem przekonany, że coś takiego jak cipka nie istnieje. Myślałem, że wszyscy - i mamusia, i ciocie, i koleżanki, mają penisy. Było tak mimo jedynej próby uświadamiania, podjętej przez moich rodziców: otóż kupili oni mojemu bratu i mnie parę enerdowskich lalek, chłopczyka i dziewczynkę, z w miarę wiernie odwzorowanymi narządami płciowymi. Niestety nie chciałem przyjąć tego do wiadomości, a tę lalę ze szparką zamiast fajfusika uważałem za jedną wielką mistyfikację.

Uświadomienie, a z nim ogromny szok przyszły w zerówce, a przez to, że już jako sześciolatek przechodziłem przez płot naszego ogrodu na boisko sąsiadującej z nami szkoły i od grających tam w piłkę nastolatków nauczyłem się masy przekleństw (tak, tak, byłem cholernie wulgarnym sześciolatkiem), efekt był IMHO przekomiczny.

Otóż chyba w Sondzie, którą już wtedy regularnie oglądałem, pokazano kąpiącą się dziewczynkę. Widziałem ją ze szczegółami, żywą, tyle że na ekranie telewizora. Jakież było moje zdumienie gdy okazało się, że rodzice mieli rację, a lalka nie była oszustwem! Dziewczynka nie miała tego czegoś...

Pierwszą rzeczą którą zrobiłem na drugi dzień, po tym, jak mama odprowadziła mnie do zerówki i zostałem sam z kolegami, było podzielenie się traumą, będącą moim udziałem:

- A wiecie, że ja wczoraj widziałem w telewizji gołą dziewczynę? I słuchajcie. ONA NIE MIAŁA CHUJA!!!

21:14, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 października 2015

"Give It Away" - dziewiąty utwór i zarazem pierwszy singel z albumu Blood Sugar Sex Magik grupy Red Hot Chili Peppers, który został wydany w 1991 roku" - za Wikipedią.

Dla mnie ważne jest to, że gdy ujrzałem ten teledysk na niekodowanym jeszcze i normalnym (znaczy - kanale pełnym muzyki, a nie realtiwi dla nastoletnich półgłówków) MTV, zwariowałem na punkcie RedHotów. Mój brat, zanim się do nich przekonał, nazywał ich Usmolonymi Pedałami, a ja zarażałem kolejnych kolegów z trzeciej klasy technikum.

A dzisiaj miałem sen. Śniłem o koncercie Red Hot Chili Peppers, na który poszedłem. Ja, jako starszy pan ;) W tym śnie, gdy chłopaki zagrali "Give It Away", zacząłem robić to, co oni w swoim teledysku. Znaczy, skakać jak dzika świnia szukająca w lesie żołędzi. Skakałem do momentu, gdy nie wytrzymała pikawka. Umarłem...

Już wynoszony spod sceny na marach usłyszałem dwie nastolatki. Patrząc na moje zwłoki, jedna do drugiej powiedziała:

- Popatrz na tego starszego pana. Piękna śmierć: pierdolnąć przy RedHotach!

23:09, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51



GG:23200496