wtorek, 14 czerwca 2016

Korzystając z okazji, że właśnie odpaliłem na FB oficjalnego fanpejdża mojego bloga, postanowiłem przypomnieć klasyk: mój ulubiony wpis, jeden z pierwszych.

Popełniłem go - trollując usenetowe grupy dyskusyjne pl.pregierz, oraz pl.regionalne.krakow - ponad osiem lat temu. A w sierpniu dwa tysiące dziewiątego roku wrzuciłem, jako jeden z pierwszych, na dopiero co założony koziołkowy blog.

No i kurna do dzisiaj darzę go sentymentem :)

 

Gdzie w Krakowie - Sztuczne włosy łonowe (pl.pregierz, pl.regionalne.krakow, 26 stycznia 2008)

Przepraszam za cross-posta, ale oprócz zapytania chciałem napiętnować niestałość kobiet.

Otóż kolega planuje zrobić zdjęcia do folderu reklamującego salon kosmetyczny, zajmujący się m. in. różnymi metodami depilacji. W tym celu jakiś czas temu dokonaliśmy "wyboru" (w cudzysłowie, ponieważ została nam ona praktycznie narzucona) modelki która posłuży widokiem swych wdzięków podczas sesji foto.

Zamysł jest taki, by zrobić zdjęcia takiego bardzo zapuszczonego wzgórka łonowego, z włosami niestrzyżonymi od paru miesięcy, kudłatymi i rozczochranymi, a następnie przeciwstawić mu tę samą panią "po zabiegu", z podbrzuszem eleganckim i gładkim jak dupcia niemowlęcia.

Wszystko zostało omówione z dziewczyną kilka miesięcy temu. Modelka zaczęła się zapuszczać. Sesja miała odbyć się w przyszłą środę. No i niestety "kimba" - panienka pojechała wczoraj po bandzie do tego stopnia, że po pijaku wygoliła się na łyso - kilka miesięcy hodowania zarostu diabli wzięli.

Niestety nie wchodzi w rachubę inna kobieta, ponieważ żona kumpla jest cholernie zazdrosna i w drodze wyjątku zezwoliła, aby jako łono robiła jej siostra. Na nikogo obcego się nie zgodzi.

No i teraz pytanie: czy jest możliwość wypożyczenia gdzieś w Krakowie sztucznego, damskiego owłosienia łonowego? Takiego dzikiego, skołtunionego buszu? Ewentualnie co innego można by zrobić? Doklejanie oddzielnych kosmyków nie wchodzi w rachubę.

Koziołek

22:41, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2016

Taką perełkę znalazłem przed nocnym sikaniem. I mimo że sam jestem beneficjentem 500+, nie mogę się nie zgodzić.

Autor: Bartek Lord.


Co można mieć za 20 miliardów PLN rocznie?

Wybudować ok 500 km bezkolizyjnych dróg szybkiego ruchu o przekroju 2x2, a uwzględniając dofinansowanie z UE byłoby to ponad 1000 km. W 5 lat program budowy dróg zakończony, każde miasto 100-tysieczne w Polsce podłączone ekspresówką do sieci dróg.
ALBO
Kupić ok 60-70 samolotów F-16 w wypasionej wersji (obecnie mamy ich 48 sztuk). W ciągu 5 lat za tą kasę można wystawić siły powietrzne 300-400 nowoczesnych samolotów które spokojnie jak równy z równym walczyłyby z całą flotą powietrzną potencjalnego przeciwnika w postaci Federacji Rosyjskiej
ALBO
Kupić około 800 czołgów Leopard 2A5. Po 3 latach mamy 2400 leopardów czyli siły zbrojne zdolne pozamiatać każdego przeciwnika. Wątpie nawet czy przemysł niemiecki byłby w stanie dostarczyć takie ilości w takim czasie. 60 kurwa miliardów zeta, ja pierdolę. Ruscy nie mieliby już wtedy nic do gadania w tej części Europy.
ALBO
W ciągu 6-7 lat wybudować prawdziwą sieć szkieletową pociągów dużej prędkości między głównymi miastami, ze składami jeżdżącymi ponad 300 km/h podróż z Trójmiasta do Krakowa skracając do ok 2,5 godzin
ALBO
Wybudować elektrownię jądrową o mocy 1000 MW (szacunkowy koszt to ok 20 mld właśnie). Po 5 latach mamy 5 takich elektrowni. Po 10 latach stajemy się praktycznie niezależni energetycznie. Oczywiście wiadomo że budowa jednej trwa kilka lat, ale finansowanie na każdą kolejną można by mieć co roku, bo co roku wpada nowe 20 mld.
ALBO
Wybudować 20 tysięcy boisk typu Orlik. Przyzwoita infrastruktura sportowa nawet nie w każdej gminie ale w każdej najmniejszej wsi.
ALBO
Wybudować 10 (dziesieć) Stadionów Narodowych takich jak ten w Warszawie. Dziesięć kurwa.
ALBO
W ciągu ok 5 lat zbudować własny system satelitarny alternatywny dla GPS, Glonassa czy Galileo, kupując know-how, dostawę satelitów itd. na rynku. Nie wiem po co, ale moglibyśmy.
ALBO
Wybudować w 2 lata Wielki Zderzacz Hadronów. W ramach ułańskiej fantazji moglibyśmy go, kurwa, pod Sosnowcem umieścić i wymagać wiz wjazdowych dla naukowców walących tam z całego świata do prowadzenia badań.
ALBO....
Dać ludziom 500 na dziecko **przez jeden rok**



22:40, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 maja 2016

Mój brat twierdzi, że Kuba ma murzyński głos. Ja bym traktował to jako komplement. Zwłaszcza, że chłopaki (i dziewczyna) są IMHO naprawdę dobrzy. Zdegustowany małą popularnością SoundQ, pozwoliłem sobie wysmażyć maila do Bartka Chacińskiego, krytyka muzycznego Polityki, w którym zawarłem swoje Gorzkie Żale :)

Szanowny Redaktorze Bartku,

Mieliśmy okazję parę lat temu wymienić kilka maili, przy okazji poświęconych polskiej muzyce, wpisów na moim blogu: http://przepraszamzacrossposta.blox.pl

Teraz oczywiście znów muzycznie. Czy wielu znasz wykonawców, tak niedocenionych,  jak dziewczyna i chłopaki z SoundQ? IMHO to niezła partia: potrafią grać, śpiewać na żywo:

https://www.youtube.com/watch?v=nMro9SsSVt0

i https://www.youtube.com/watch?v=K6kr88KboJE

Nagrali niezłą płytę, która często gości w moich odtwarzaczach:

http://artrock.pl/recenzje/52579/soundq_barbarians.html

Do tego występowali w telewizji (kilka razy):

https://www.youtube.com/watch?v=L1BBcVW6mRo

Na festiwalach:

https://www.youtube.com/watch?v=VISn_BMMzBY

No i – IMHO w obecnych czasach równie ważne jak zrobienie dobrej muzyki – wyprodukowali klipy, których mało który wykonawca by się powstydził:

https://www.youtube.com/watch?v=027VmzRgs9w

https://www.youtube.com/watch?v=6eh9SLZv0WQ

…i parę innych.

Więc chciałbym Cię spytać. Co się dzieje z naszym krajem, szołbizem i w ogóle, że ich produkcje mają na YT, 10x mniej wyświetleń, niż wrzucane przeze mnie, robione smartfonem, filmiki z gaworzeniem i zabawami moich dzieci?

Trzy tysiące wyświetleń? Przecież to, do cholery, smutne :-/ Czy naprawdę tu zaistnieć da się tylko przez udział w talent szoł?

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że ich muzyka nie jest lekka i przyjemna, dla każdego. Ale to mnie, kurwa, nieco przytłacza…

Aha, gwoli wyjaśnienia. Nie jestem ich agentem, ani zdesperowanym członkiem rodziny któregoś z muzyków. Jestem po prostu fanem ich muzyki, trzymającym kciuki za to, żeby rozwinęli skrzydła, zanim się zniechęcą.

Z harcerskim pozdrowieniem,

Sebastian vel. Koziołek

 



01:30, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 maja 2016

Sen, który parę dni temu wyśniłem, piętnuję.

Otóż przyśniło mi się, że pojechałem z autem do jakiegoś warsztatu w Kielcach. Ponieważ nie było akurat wolnych stanowisk, właściciel odesłał mnie do swojej żony, w celu ustalenia najbliższego, dogodnego terminu. Tak też zrobiłem, opuszczając przypakowanego, odzianego w zaolejony kombinezon i dzierżącego w żylastej łapie potężny klucz francuski, pana.

W moim śnie, cudownym śnie, jego małżonka była nader atrakcyjną, dojrzałą kobietą. Pociągającą do tego stopnia, ze raził mnie Sycylijski Piorun i w ramach delikatnych zalotów natychmiast złapałem ją za krocze. Niestety moja bogdanka nie odwzajemniła uczucia, tylko od razu zawołała męża wraz z jednym z pracowników. Nie zwlekając, panowie spuścili mi wpierdol.

Jak okazało się w trakcie masażu twarzy, mężulek był wcześniej w GROMie i wiedział, gdzie i jak kopać, żeby poczuć. Do tego stopnia, że obudziłem się z bolącym ryjem (jak się później okazało, od powbijanych weń guzików poduszki).

Wniosek? Miłość wymaga poświęceń!

00:35, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 maja 2016

Razem z Adamem wynajmujemy na spółkę lokal przy jednej z krakowskich ulic. Wspólnie też eksploatujemy parę maszyn i Pabla - pozwala nam to ograniczyć koszty do niezbędnego minimum.

Każdy z nas ma swoich klientów, w zależności od rodzaju zleceń na wyłączność, albo takich, którzy lądują we wspólnym koszyku. Dzięki temu gdy jeden z nas ma gorszy miesiąc, ratuje go "wspólnik" - i na odwrót. Od dawien dawna wiadomo bowiem, że jak człowiek ma dwie nogi, to się tak łatwo nie wypierdoli.

I tak sobie razem gospodarujemy, w tej naszej olbrzymiej pracowni reklamowej: Pablo, Adam i ja.

W zeszłym tygodniu miała miejsce taka sytuacja.

W skromnych naszych progach stanął z deczka wymięty koleś i poprosił o rozmowę z szefem. Jako że najbliżej znalazłem się akurat ja, chłopaki spieprzyli do kibla i "maszynowni", zostawiając mnie twarzą w twarz z potencjalnym terrorystą.

- Panie kochany. Bo ja ma  taką sprawę do pana - jak biznesmen do biznesmena, bo też prowadzę firmę - możemy porozmawiać?
- Tak, słucham? - spytałem, nie wiedząc, czego mogę się spodziewać.
- Bo wie pan, byłem ostatnio w Urzędzie Skarbowym. I podsłuchałem rozmowę. Otóż był na pana donos i jest pan obserwowany! Oszukuje pan na podatkach!!!

Przyznam, że mnie zmroziło. Tymczasem gość kontynuował:

- Policja Skarbowa ma pańskie namiary, a na pojutrze jest przygotowana prowokacja. Będą u pana ludzie, którzy będą chcieli kupić towar bez faktury!

Poczułem, jak pot spływa mi po jajkach i jeży się włos na łydce. Zrobiłem rachunek sumienia w imieniu swoim i Adama, ale nic nie znalazłem - tylko samobójca podatkowy sprzedał by cokolwiek bez faktury w czasach, gdy prowokatorzy z US wygarniają za kudły babcie sprzedające obwarzanki za to, że spóźniły się z wydaniem paragonu na złoty sześćdziesiąt. Ale na wszelki wypadek powiedziałem:

- Dziękuję, będę uważał - na co koleś - Proszę bardzo. Bo wie pan - ja do pana jak właściciel do właściciela - jak tylko to usłyszałem, to specjalnie przyjechałem z drugiego końca Krakowa, żeby ostrzec. A wie pan, ile to jest przesiadek? Trzy! No i w związku z tym mam pytanie...
- Tak?
- Czy w rewanżu nie dał by mi pan dwóch dych na flaszeczkę?

23:31, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 maja 2016

Będę zdziwiony, jeśli mój syn - kiedyś, w przyszłości - nie zostanie Ministrem Finansów.

Dzieciaki zjadły po lodzie. Kupiłem im jeszcze po knoppersie. Jak rozpieszczać, to rozpieszczać.

Mati pochłonął swojego jeszcze w samochodzie. Julcia nie umiała otworzyć paczuszki, międliła ciastko w łapce, dopóki nie weszliśmy do domu.

Gdy rozebrałem młodzianków z butów i kurtek, Mati podszedł, objął ją i pocałował w policzek. Po czym spojrzał na mnie i rzekł:

- Tatuś Sebuś, ja tak lubię się dzielić. Ja podzielę się z Julcią! - serce mi urosło, poczułem się dumny z syna. Prawie zakręciła mi się łza wzruszenia. Spytałem więc:
- Mateuszku. A czym się podzielisz z siostrzyczką? - na co Młody, wyjmując z julcinej rączki knoppersa:
- Ja się podzielę jej ciasteczkiem!

02:31, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (2) »
niedziela, 01 maja 2016

W ubiegłą środę, gdy byłem w szpitalu do kontroli po zabiegu, do pokoju pielęgniarek przyszedł elegancki, stateczny pan po pięćdziesiątce. Szykownie ubrany, na pierwszy rzut oka zadbany, niestety kurwiki wyzierały mu z oczu.

Z tego, co wychwyciło moje ucho, odbierał bumagę z zaleceniami pooperacyjnymi. Sam taką dostałem, więc mogę odtworzyć to i owo.

Kiedy tylko uświęcone dłonie pielęgniarki przekazały mu to sekretne pismo, ofiara skalpela wzięła się za czytanie. Pan rozkminiał chyba punkt po punkcie, bo w pewnym momencie wyprostował się, jakby ktoś podpiął mu 220 woltów, , podniósł kartkę na wysokość oczu i spytał:

- Jak to. To nie mogę uprawiać seksu przez trzy tygodnie?
- Tak, proszę pana - odparła pielęgniarka - ma pan tu napisane: "Zachować wstrzemięźliwość seksualną przez minimum trzy tygodnie". - Na co pan:
- A samogwałt też się do tego liczy?

Siostrę jakby koń kopnął...

01:00, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 kwietnia 2016

Wazelinuję Krzysztofa, mojego przyjaciela ze studiów, za inwencję twórczą.

Parę lat temu wymyślił sobie specyfik na porost penisa w stanie miłosnego uniesienia - dla tych, co nie mogą. Nazwał go Puchacz Gold i próbował wprowadzić - z pomocą wspólnika - na rynek.


Jako twarz produktu zwerbowali Młodego Wilka - Jarka Jakimowicza - który cienko wtedy przędł i łapał się każdej fuchy.

Tak czy inaczej, Jarek po pewnym czasie wymiękł. Na pytanie, czemu, odpowiedział: - A ty wiesz, Krzychu, co ze mną Pudelek zrobi?

A wracając do pomysłu na nazwę. Gdy ostatnio byliśmy w knajpie, spytałem Krzyśka, skąd mu się to wzięło. No bo co ma wspólnego Puchacz z bzykaniem? Na co on mnie zjebał jak burą sukę, wypomniał studenckie lata rozpusty i pijaństwa i spytał:

- A co. Puchacz nie kojarzy ci się z Ruchacz?!

16:27, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Niedawno miała miejsce taka sytuacja.

Mój znajomy - żonaty koleś koło czterdziestki, mieszkaniec Krakowa, przyjaźni się z kilka wiosen młodszą mężatką spoza grodu Kraka. Jako że jej małżonek nader często bywa w rozjazdach, kolega stał się jej powiernikiem, wsparciem i pocieszycielem - nie wnikając w kolejność i co poszczególne punkty konkretnie znaczą. Tak było i tym razem, gdy ślubny musiał udać się w kolejną delegację.

Koleżanka ostatnio lekko zaniemogła na zdrowiu. Nie wdając się w szczegóły okazało się, że musi odwiedzić ginekologa. Jako że akurat jej stały lekarz był nieobecny, musiała powierzyć swe ciało pani ginekolog z miejscowego szpitala. A ta - reprezentantka powiatowej służby zdrowia, niestety prezentowała tenże - powiatowy - poziom: dziewczyna nie dowiedziała się nic konkretnego, w dodatku to, czego się jednak dowiedziała, stało w sprzeczności z tym, co przez telefon zasugerował jej lekarz.

Zwróciła się więc z prośbą o pomoc do swojego przyjaciela, który pociągnął za sznurki i pomimo zajętych terminów, zorganizował na drugi dzień rano wizytę w porządnej prywatnej przychodni, u konkretnego lekarza, dysponującego przy tym wysokiej klasy aparaturą do badań USG.

Ela (nazwijmy ją tak w zastępstwie i roboczo) jakoś przecierpiała noc. Na drugi dzień z rana zjawił się u niej jej przyjaciel - jak dzielny rycerz w mechanicznym rumaku, u swojej królewny - i zawiózł ją do Krakowa.

Do przychodni weszli razem, nierozłączni byli też w rejestracji. Niestety dziewczyna była obolała i z deczka wystraszona, uczyniła zatem podekscytowanego znajomego swoimi ustami, prawą ręką i palcem do wklepania PIN-u jej karty kredytowej, gdy przyszło do zapłaty za wizytę.

Recepcjonistka z miną starej wyjadaczki najprawdopodobniej "rozpracowała" parkę jako tą, której przytrafiła się wpadka w trakcie miłosnych igraszek: przez cały czas ust jej nie opuszczał ironiczny uśmieszek. Szczególnie wtedy, gdy spytała:

- Czy upoważnia pani kolegę do wglądu w pani kartotekę?

Po rejestracji znajomek wraz ze swoją rozemocjonowaną towarzyszką udali się pod drzwi gabinetu. Usiedli i między sobą rozkminiali całą sytuację. W pewnym momencie dziewczyna, która już chyba miała przesyt emocji, powiedziała głośnym szeptem, który rozniósł się po pełnej pań poczekalni:

- Jak spytałeś o USG, to ona już na sto procent sobie poukładała, że jestem twoją kochanką!

23:09, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 kwietnia 2016

W ramach przygotowań do poniedziałkowego zabiegu musiałem wykonać kilka badań. Wśród nich było badanie krwi - robiłem je pierwszy raz od trzech lat. Oddałem zatem krew i następnego dnia zalogowałem się z numerem badania do serwisu www laboratorium analitycznego, by ściągnąć wyniki.

Jakież było moje zdumienie, gdy dla pięciu parametrów ujrzałem pogrubienia i czerwone wykrzykniki - normy zostały przekroczone. Zagłębiłem się bardziej w rozkminki, by zorientować się, o co kaman i zdrętwiałem - przekroczenia były kilkukrotne.

Szybko odpaliłem wujka gugla, by wyjaśnić znaczenie skrótów i otrzymanych wartości. Zbladłem jak ściana, oblał mnie zimny pot, a nogi zrobiły się jak z waty: wniosek był jeden - nowotwór lub białaczka.

Chłopaki od razu zobaczyli, że coś ze mną jest nie tak. Na pytanie, o co chodzi, odpowiedziałem, że mam cholernie złe wyniki i wskazują one na jakąś grubą chorobę. Po czym spieprzyłem do kibla i nie wychodziłem z niego dobre pół godziny.

Po wyjściu zasiadłem ponownie do kompa, by bardziej zagłębić się w temat. No i nie chciało być lepiej - przy odrobinie szczęścia miałem szansę na ciężką anemię, ale tylko tyle.

Autentycznie przerażony napisałem do przyjaciółki, która z racji, że sama dużo przeszła, lepsza jest niż niejeden psycholog. No i okazało się, że dobrze zrobiłem, bo przedstawiła kilka argumentów, które stłumiły mój lęk i pozwoliły nieco ochłonąć. Dzięki temu znacznie spokojniejszy mogłem pójść do mojego lekarza.

U lekarza wyszło szydło z wora: okazało się, że czytając tabelki, popierdoliłem sobie kolumny. Analizowałem "widełki" - wartość minimalną i maksymalną, interpretując pierwszą jaką tą właściwą, a drugą jako mój wynik. I stąd wyszło mi na przykład 500% normy dla takich Eozynofilów... W rzeczywistości zaznaczone na czerwono parametry minimalnie wychodziły poza zakres i wg mojego lekarza nie ma to najmniejszego znaczenia.

No i wyszedłem kurna na hipochondryka. A co się strachu najadłem, to moje. Już po wszystkim akcję podsumował Pablo:

- No, Sebek. Po twoim wyjściu z kibla wiedziałem, że znowu kilo mniej!

16:40, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 51



GG:23200496