poniedziałek, 21 października 2013

Firma w której dawno, dawno temu pracowałem, zorganizowała swego czasu sponsorowany przez jedną z dużych firm farmaceutycznych "iwent" w podziemiach Kopalni Soli w Wieliczce. W ramach imprezy przewidziano występ znanego szansonisty, Jacka W.
Kolega z firmy który na miejscu całość doglądał od strony organizacyjnej, jeszcze przed rozpoczęciem imprezy poproszony został przez prezesa pigularzy o zaaranżowanie spotkania z maestro. Kumpel udał się do garderoby, pogadał z naszym tenorem. Ten - już dobrze "naoliwiony" - nader chętnie przystał na prośbę, twierdząc, że ma pytanie do do specjalisty z branży farmaceutycznej.
Po kwadransie kumpel zapukał do drzwi sanktuarium pana Wu, wprowadził prezesa do środka i przedstawił sobie obu panów. Wymieniono uprzejmości, chwilę trwała niezobowiązująca rozmowa, po czym mistrz rzucił:

- Bardzo się cieszę, że mogę porozmawiać z fachowcem. Bo miałbym do pana pytanie.
- Bez przesady, Mistrzu - krygował się prezes - jeśli tylko będę mógł pomóc, chętnie odpowiem!
- Bo wie pan, zawsze chciałem spytać o to kogoś, kto jak pan, zna się na lekach.
- Panie Jacku, zamieniam się w słuch.
- Panie Prezesie. Czy wie pan może, jaki jest najlepszy środek na hemoroidy?
- Eee... Aaa... musiałbym się spytać naszych specjalistów...
- No to już pan nie musi, bo ja wiem!
- ???
- Środek dupy!!! - to rzekłszy, maestro roześmiał się donośnie.

Kumpel opowiadał, że nie wiedział co robić: śmiać się, płakać, czy spierdalać.

22:16, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 października 2013

Jak już wspominałem (na przykład tutaj) często śnią mi się różne pojechane rzeczy. Dzisiejszy sen był powodem szczególnie obfitych "o kurwa" sypiących się z ust tych, którzy mieli okazję poznać jego treść. Najgłośniej kurwowała moja żona - IMHO kobiecie w ciąży to nie przystoi ;)

Otóż w moim cudownym śnie spotkałem niejakiego Krzyśka od Ramek. Przyjechał on do nas swoim nowym samochodem (mustang albo korweta z potężnym silnikiem) i zaprosił mnie z kolegami na przejażdżkę na lotnisko. Tam każdy z nas miał zasiąść za kierownicą i dać upust motoryzacyjnym chuciom.

Gdy już dotarliśmy na miejsce, okazało się, że Krzychu ma jakieś małe załatwienie i musimy chwilę poczekać. Aby było milej, rozbił nam namiot (po kiego grzyba dzięki temu miało być fajniej? nie kumam).

Zająłem siedzące miejsce obok tego namiotu, gdy pojawiła się grupa znajomków z dawnych lat, z Wadowic. W tym niejaki Gruby który zaczął się do mnie przypierdalać, że niby go podsiadłem. Na moje grzeczne "spierdalaj" wywalił namiot. - Masz przejebane - rzekłem, bo dostrzegłem biegnącego ku nam Krzyśka. Dopadł Grubego, złapał za szmaty i sprzedał potężną plombę prosto w twarz tak, że aż wyskoczyła śliwa. Jednak udało mi się kolegę uspokoić i na jednym ciosie się skończyło. Krzyś znów na chwilę nas opuścił (stawiając uprzednio na nowo namiot), a Gruby ponownie zaczął mnie "molestować" mówiąc, że tym razem to ja będę miał przejebane.
"W moim śnie, cudownym śnie" z kolei to ja dostałem piany. Wziąłem potężny zamach i sprzedałem prawego sierpowego. Pięść bez żadnego oporu (jak to zazwyczaj w snach bywa, zawsze coś nas pęta - czy to nogi, czy to ręce) wylądowała na pysku. Usłyszałem tylko klaśnięcie i przerażony skrzek: - Kurwa! Przegiąłeś! Teraz to przegiąłeś!!! - dziwnie podobny do głosu Mojego Kochania. Otworzyłem oczy - ciemność, a ja leżę w łóżku.

Okazało się, że była trzecia w nocy, a ja przez sen uderzyłem pięścią w skroń moją żonę... Całe szczęście siła w realu to zaledwie ułamek tego, co się śni ;)

21:39, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 października 2013

Aby być w temacie, należałoby najpierw obejrzeć pewien film. Zowie się owo Arcydzieło "Przyjęcie na dziesięć osób plus trzy". Film Gruzy i Himilsbacha, w którym zagrał i Niemczyk, i Łukaszewicz, a także młody stary Stuhr (któremu nb. głosu użyczył Friedman). Kroplę czary mistrzostwa przelał sam Zdzisław Maklakiewicz.


Zainspirowana produkcją moja podświadomość sprezentowała mi ostatnio sen - drugą część tego filmu którą to wyśniłem, a po przebudzeniu o godzinie piątej trzydzieści rano spisałem, siedząc na zamkniętym klopie.

Druga część Małego Piwka z Korzeniami

Maklakiewicz i reszta pracują w pegieerze. Oni, plus trzy babki, w upalny dzień odpoczywają koło pielonych właśnie grządek pomidorów (z psychodelicznych ciekawostek - każdy pomidor ma przymocowaną tabliczkę z literą "P", jak pomidor właśnie).

Odchodzą "życiowe" dialogi, jak w "piwku". Dwie panie - trochę młodsza i trochę starsza - typowe kołchoźnice - dyskutują o pracy: starsza opieprza młodszą, że ta nic nie robi. Młodsza odszczekuje: "A Wandzia co niby robi? Też leży. Toć Wandzia wie, że jak upał jest, pracować się nie da!"

Wśród najemnych pracowników jak zwykle wiedzie prym Maklakiewicz. Leżąc na ziemi, żując trawkę i popijając piwko, komentuje wszystko dookoła.

Trzecia z pań - młoda dziewczyna, odbywająca praktykę (czy jak się to za komuny nazywało), córka badylarza, znudzona opowiada, że wkrótce wychodzi za mąż. Sugeruje też delikatnie, że ma ochotę na seks. Budzi to ogólną konsternację wśród panów. Któż ma na tę zaczepkę nie odpowiedzieć, jak nie Maklakiewicz, który proponuje: "A może pójdziemy za oborę, coś tam panience pokażę". Wstaje, podaje dziewczynie rękę i idą we dwoje w wspomniane miejsce.

Tam Zdzisiek staje przed panią. Przypomina sobie, że trochę mu wali z ryja i wyjmuje z kieszeni butelkę japońskiego sosu sojowego "Kikkimori" (kolejny psycho element ;)), popija, chucha w dłoń by sprawdzić oddech, po czym chowa flaszkę. Następnie przygładza włosy, wyciąga ręce, lekko się skłania i pyta: "Czy można panią prosić?"

Zaczynają tańczyć. Obraz się pomału wygasza.

Po chwili. Kolejna scena. Pokazany z oddali płot wokół peegierowskiego sadu. Drogą obok nadjeżdża biały duży Fiat 1300 badylarza. Kilkanaście metrów dalej biegną dziewczyna i Maklakiewicz - on bez spodni, trzyma je w ręce.

KONIEC

 

MAŁE PIWKO 2

00:35, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 października 2013

Tak się składa, że poza moją główną działalnością, dorabiam sobie na boku. Mała chałturka, sklepik na Allegro. Średnia sprzedaż to dwie stówki w tygodniu: dwie aukcje. Zarobku tyle co na flaszkę. Ot tak, żeby nie wyjść z wprawy detalisty (miałem kiedyś stragan z książkami i zabawkami na wadowickim "rynku", siakieś dwadzieścia lat temu z hakiem).

Dzisiaj stał się cud: na jednej aukcji klient zrobił mi trzytygodniowy obrót. Kupił sześć sztuk. Gdy to zobaczyłem, podskoczyłem z radości jak małpa na drucie i pobiegłem do Mojego Kochania z niemym (bo młody śpi) wrzaskiem radości:
- Kotku! Zalicytowali sześć sztuk! I kasę wpłacili!!! Wiesz kto? Szkoła katolicka! - na co żona, z kamienną twarzą: - No widzisz. Pan Bóg nad tobą czuwa - a ty nie wierzysz!

21:37, koziolek_matolek_1234 , się chwalę
Link Komentarze (2) »
sobota, 05 października 2013

Mamy różne metody. Przeważnie rozmawiamy "na szefa". Znaczy, na sakramentalne pytanie o właściciela firmy, odpowiada się, że szef jest akurat na nartach w Nepalu (zjeżdża z sześciotysięcznika) i wróci za miesiąc. Po miesiącu zazwyczaj okazuje się, że pani / pan spóźnił(a) się, bo szef właśnie odwiedza dziadka na Florydzie.

Dzisiaj zagadałem trochę inaczej:

- [Telemarketerka] Dzień dobry. Mirka Patelnia z Poczty Kwiatowej. Czy zastałam właściciela?
- [Koziołek] Nie ma go. I długo nie będzie.
- A czy rozmawiam może z osobą decyzyjną w firmie?
- Zależy o czym mam decydować.
- Dzwonię z firmy Poczta Kwiatowa. Oferujemy wysyłkę kwiatów pod wskazany adres, z dostawą bezpośrednio do konkretnej osoby (...)
- Dziękuję, ale szef na pewno nie skorzysta.
- A mogę spytać, dlaczego?
- Bo chłopak szefa uwielbia, jak szef osobiście kupuje mu kwiaty i przychodzi do niego na czworakach, z różą w zębach.
- Aaa, eee.. [Krztusząc się ze śmiechu] To w takim razie nie przeszkadzam.

00:32, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »



GG:23200496