piątek, 30 września 2011

Śnią się człowiekowi różne sny. Ale dzisiaj to przeszedłem samego siebie...

Oglądając w sennym kinie seriale HBO (o tym pod koniec) poznałem pewne dziewczę. Razem spędzaliśmy seanse, w końcu zakwitła miłość, etcetera, itepe. Dodam, że w tym śnie nie byłem z nikim związany, żadnej żony, dziecka w drodze.

W pewnym momencie laska zaczęła mi wysyłać sygnały i informacje a la Matrix: wprawdzie bez czerwonej piguły, ale dowiedziałem się, że to nie jest moje prawdziwe życie. To znaczy ja już nie żyłem, a ta dziewczyna to emanacja mojej pani z poprzedniego żywota, kontaktującej się ze mną via medium.

No i co się okazało: we wcześniejszym życiu byliśmy szczęśliwym małżeństwem, bardzo w sobie zakochanym (nb. ta pani to była moja obecna - w realu - żona). Pracowaliśmy z żoną i teściową jako robotnicy w Raciborskiej Fabryce Kotłów (ni cholery nie wiem, dlaczego tam) aż do momentu wypadku, gdy to coś pierdyknęło i zabiło mnie, wyrywając mi ręce z korpuska, a żonę i teściową sadzając na wózkach inwalidzkich.

Dowiedziałem się tego wszystkiego, oglądając wysłaną mi w zaświaty gazetę, w której opublikowano zdjęcie całej mojej rodziny po wypadku. Prezentowałem się tam jako śliczne zmasakrowane ciało z oddzielonymi górnymi kończynami, wokół którego na wózkach inwalidzkich siedziały żona z teściową...

A teraz muszę powrócić do tych seansów HBO: otóż stacja ta słynie z bardzo naturalistycznych scen. Wszystko jest tam do bólu prawdziwe, brudne, ociekające krwią i seksem. Więc w moim śnie HBO otworzyła w Polsce sieć kin, w których można było oglądać ich seriale. Rolę kin pełniły stare, śmierdzące, zaszczurzone chlewy, z zamontowanymi w ścianach ekranami LCD. Oglądało się na stojąco, można się było nawet wysikać pod ścianą. Trzeba było tylko uważać, żeby nie wdepnąć w jedną z licznych psich kup...

09:21, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (3) »
wtorek, 27 września 2011

Sjewodnia Kudłaty Konservateesta zarzucił na pręgu link do mrożącego krew w żyłach filmu.

W skrócie: produkcja owa stworzona została (prawdopodobnie) w jednym z krajów Bliskiego Wschodu, a prezentuje dziewczę w sweterku, uzbrojone w spory biust, takiegoż zeza i potwornie umalowane usta. Gibie się toto przy ichniej muzyce i śpiewa o siakimś habibim (obstawiał bym kochanka z egipskich kurortów, o którym pisał swego czasu Batuchan).

Sam film i koment wątkowórcy (soczyste  O KURWA w temacie) to chuj. Mi osobiście przypadła do gustu odpowiedź MichaelData:

" No widzisz. Teraz juz wiesz dlaczego tak popularne w tamtych stronach jest
ucinanie głów :] "

Prosim, prosim:

23:17, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 września 2011

Mamy ze wspólnikiem pewien system: gdy w robocie ogień, zapieprzamy od rana do wieczora, a pot spływa po jajach - robimy notatki. Byle by nie opuścić jakiejś robótki i nie zgniewać klienta.

Notki owe są skrobane mazakiem / długopisem / ołówkiem na wyszarpanych z naszej biurowej drukarki kartkach. Przeważnie ów arkusik formatu A4 ozdobiony jest u wezgłowia datą, a ponizej królują bohomazy i hieroglify. W skrócie: jest to lista robót na nadchodzący dzień.

Wczoraj wspólnik miał jazdy z młodym namber tu. Znaczy się z potomkiem oblewanym przez nas w maju: korporacyjny cykl życia Pani Małżonki spowodował, że musiał osobiście pofatygować się z synem do wracia i tym samym zaniedbał na pół dnia naszą firmę.

Kiedy więc stanąłem w czwartek z rańca w naszych skromnych progach i chwyciłem w me czcigodne ręce wyskrobaną kulfonami litanię płaczu, doznałem wytrzeszczu i zadyszki czytając jeden z punktów Planu Dnia:

Upodlić cipy

Hm. Przyznam bez bicia, że bardzo się wzruszyłem. W pierwszym momencie zacząłem się zastanawiać, czy któryś z nas nie ma przypadkiem urodzin, lub innych imienin. Inaczej nie byłem w stanie wytłumaczyć sobie tak ekstremalnej rozrywki - zwłaszcza że wszyscy jesteśmy na krótkiej smyczy trzymani przez nasze żony i z zasady nie zadajemy się ze złymi kobietami.

Pół dnia minęło mi na zastanawianiu się solo, drugie pół dnia na burzy mózgów z Pablem. Ni chuja. Nic nie wykoncypowaliśmy. Całe szczęście nasz koleżka kochany podrzucił żonie gorącego kartofelka i raczył się w końcu zjawić w pracowni:

- Mickiewicz, coś ty tu naskrobał?
- Jak to co. Nie widać?
- Widać. Tylko nie można się doczytać...
- Napisałem: Odkręcić czipy [***] A co?
- Jajco...

[***] Znaczy: wymontować (z użyciem krzyżakowego śrubokrętu) układy pamięci z "wystukanych" kaset z atramentem do plotera.

01:39, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 września 2011

Dwa tygodnie temu odebrałem telefon:

- Słucham?
- Dzień dobry. Dzwonię z polecenia doktora Strzały - chciałabym się z panem umówić.
- Umówić? Ze mną? A o co chodzi?
- Mam bóle w dolnej części kręgosłupa i doktor powiedział, że może mi pan pomóc.
- Eeee... Bóle? W kręgosłupie? To chyba jakaś pomyłka - ja nawet nie znam doktora Strzały...
- Nie? To nie dodzwoniłam się do pana Koziołka Matołka?
- Tak, zgadza się to ja... - i zachodzę w głowę, skąd babeczka zna moje imię i nazwisko
- No właśnie doktor Strzała pana polecał jako specjalistę od masażu...
- Przykro mi, proszę panią. To jakaś kolosalna pomyłka - nie zajmuję się masażem, tylko produkcją reklam - może pan doktor pomylił notatki.
- A to przepraszam, do widzenia.
- Do widzenia.

Rozmawiałem w pracowni, więc chłopaki wszystko słyszeli i zwijali się ze śmiechu. A gdy jeszcze opowiedziałem szczegóły, zostałem na tydzień doktorem Strzałą. Nb. fizjoterapeuta o takim nazwisku praktykuje w Oświęcimiu, ale dowiedziałem się o tym już po całej akcji, sprawdzając w guglu.

Do dzisiaj nie dowiedziałem się, o co kaman. Nie przyznało się do zrobienia mnie w bambuko żadne ugrupowanie, aczkolwiek podejrzewałem o to niejakiego Grubego - naszego klienta który parę razu robił nas w jajo, zmieniając telefony i głos. Np.:

- Dzień dobry. Czy państwo robicie banery?
- Dzień dobry. Tak, jak najbardziej.
- Bo mnie interesuje taki duży baner na płot. Wysoki na półtora metra i długi na dwadzieścia. Czy możecie taki wydrukować?
- Oczywiście. Nie ma problemu.
- A czy miewacie zastrzeżenia do drukowanych treści? - trybiki pod czachą zaczęły mi się szybciej obracać: może to pedofil?
- Wie pan... W zasadzie nie - o ile coś nie jest zakazane przez prawo...
- Aha. Bo ja mam takiego sąsiada, z którym nie do końca się lubimy.
- ...
- I chciałbym taki wielki napis, czarnymi literami na białym tle: Alfred, ty chuju!

19:23, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (4) »
sobota, 17 września 2011

Notką "Konkurs" Koziołek inauguruje na swoim blogu cykl Konfabulejszyn from Połlend - czyli historii które gdzieś usłyszał, a w które nie do końca wierzy. A wszystko przez Urban Legend o dziecku w aptece.

Mój wspólnik jakiś czas temu sluchał radia. Złote Przeboje, czy inny szit. W każdym razie był tam sobie taki konkurs który polegał na tym, że pasujące do siebie dwie połówki brano na widelec i zmuszano do zeznań: pierwsza z nich - ta która do radia zadzwoniła - opowiadała jakiś pikantny szczególik z ich życia. Oczywiście nie wszystko puszczano na antenie. Brakujący fragment układanki miała uzupełnić druga, wydzwoniona za podpuszczeniem pierwszej, osoba. Jak siadło, można było zebrać git nagrodę.

No i pewnego dnia do Radia Zet (albo innego Eremefu, nieważne) zadzwonił pewien pan - żonkoś. Hardym głosem opowiedział, jak to rano zjadł śniadanie, następnie wysłał dzieci do szkoły, a po ich wyjściu kochał się z żoną w kuchni na stole - to ostatnie zostało wykropkowane i dopowiedzieć to miała małżonka. A słuchacze poznali szczegóły post factum.
Na świadka tryumfu pan wziął kolegów z pracy - poinformował radiosłuchczy, że w dniu dzisiejszym wszyscy u niego w firmie ściskają kciuki przy radioodbiorniku w lancz sali.
No i ściskali...

- Dzień dobry. Tu Franek Kimono z Radia Łyśka. Czy rozmawiam z Marysią?
- Tak, tu Marysia. Ale o co chodzi?
- Marysiu. Wraz z mężem bierzecie udział w naszym konkursie radiowym. Twój małżonek zadzwonił do nas i opowiedział, co rano razem robiliście. Jeśli potwierdzisz jego słowa, wygracie ober zajebistą Skodę - w sam raz na rodzinne wycieczki.
- Co? Taaaaak?!!!! Super!!! To co mam opowiedzieć?
- Marysiu. Musisz po prostu uzupełnić jego słowa. Stefan nam powiedział, że zjedliście śniadanie, wysłaliście dzieci do szkoły, a następnie?...
- Eeee., Hmmm. Kochaliśmy się!
- Brawo! Ale to jeszcze nie wszystko!
- Nie wszystko? To Stefan coś jeszcze powiedział?
- Tak, powiedział. Wprawdzie nie podaliśmy jeszcze tego na antenie, ale jak tylko zdradzisz szczegóły, wyemitujemy resztę nagrania. Jeśli będzie się zgadzać z tym, co ty, Marysiu, powiesz, wygracie wspaniałą, rodzinną Skodę.
- Hm... Ale może coś podpowiesz? Co jeszcze Stefan powiedział?
- Mogę podpowiedzieć tylko tyle, że powiedział, gdzie się kochaliście!
- Eee... Aaa... Naprawdę to powiedział?!!!
- Naprawdę!
- Ale ja się wstydzę...
- Marysiu. Nie wstydź się. Stefan się nie wstydził i wszystko nam powiedział - a teraz przy radioodbiorniku czeka razem z kolegami z pracy, aż potwierdzisz jego słowa i wygrasz cudowne auto marki Skoda!
- No dobrze. Więc my....
- No?!!
- Kochaliśmy się...
- Dalej! Gdzie???
- W pupę...
- ... No cóż... To nie była poprawna odpowiedź. Ale myślę, że uda się załatwić jakąś nagrodę pocieszenia...

środa, 14 września 2011

Od dobrych czterech godzin siedzę przy kompie i pracuję, znęcając się nad jakimiś projektami które jutro z rana będę drukował ku chwale moich klientów.

Kwadrans temu usłyszałem syrenę radiowozu, zobaczyłem kolorowe rozbłyski. Znaczy Bronx. Jak każdy szanujący się gapju wylazłem na balkon, nadstawiając klatę pod kule z RAKa, lub innego kałasznikowa.

Oczywiście nie otrzymałem gratisowej porcji ołowiu, ale przynajmniej zorientowałem się, że umiera moja bazylia - żona nie napoiła jej codzienną porcją kranówy, a nie raczyła poinformować mnie o deficycie siły w jej umęczonych ciążą ramionkach. Więc porwałem konewkę, napełniłem ją życiodajnym płynem i podarłem na balkon.

W wodolejnym uniesieniu pochylałem się nad doniczkami, gdy kątem oka zarejestrowałem wychudzoną sylwetkę w obwisłym swetrze, gnającą środkiem osiedlowej uliczki. Pierwsza myśl: blokers. Ale nie - za chudy i zbyt ubogo ubrany.

Facet podbiegł do furtki naszego grodziszcza i zaczął szarpać za klamkę. "Siakiś mizerny" - pomyślalem - "Znaczy, poradzę jebanemu włamywaczowi" - uniosłem się znad krzaczorów mocno ściskając w łapie konewkę i już czaiłem się do skoku z balkonu gdy koleś dostrzegł mnie, podniósł połę swetra i z kieszonki obok kabury wyszarpnął policyjną blachę:

- Dobry wieczór. Długo pan siedzi na tym balkonie?
- Eeee, aaaa, ja tylko wyszedłem podlać kwiatki...
- Widział pan tu jakichś motocyklistów? Jeden z nich miał wypadek.
- E nie, odkąd podlewam bazylię, nikt tu na motorze nie jeździł....
- To dziękuję. Dobranoc.
- Dobranoc.

Niniejszym piętno dla motocyklistów. Przez ich szybką jazdę jeszcze by mnie zastrzelili. Ale za to napisali by o Koziołku w porannej gazecie: "Ubiegłej nocy dzielna policja odstrzeliła bandytę -  zaatakował konewką policjanta na służbie".

Uff, można iść spać ;)

01:12, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (1) »
niedziela, 11 września 2011

Z okazji wiadomej rocznicy Heniek "Plumski" pożalił się na Pręgu, że mu ten jedenasty z lodówki wyłazi. Na co mu PiotrD swe wspomnienie opisał, a Koziołek poprawił:

PiotrD napisał:
> Ty się śmiej, ale ja 10.09.2001 ostro sobie poimprezowałem na
> zielonogórskim winobraniu. Jak ległem do wyra, tak wstałem przed 15. Kac
> olbrzym. Po jakimś czasie włączam tv i widzę płonące WTC oraz Pentagon, a
> w tle głosy, że to "może oznaczać wojnę".
> Pierwsza myśl - więcej nie piję.

Ja akurat w robocie byłem - znaczy za kółkiem w korku stałem i słuchałem świętej pamięci Radiostacji. Słucham, słucham i myślę: co im w tym radiu odjebało? Zamiast muzyki puszczają kawałki siakiejś powieści politikal fikszyn?

Jak zatrybiłem po paru minutach, łap za słuchawkę i dzwonię do kumpla:
- Łysy, słyszałeś?
- O czym?
- Terroryści napadli na Stany. Dwa samoloty pasażerskie dupnęły w wieżowce w NY...
- Nie pierdol...
- Poważnie
- Nie pierdol głupot, tylko daj mi spać - na kacu jestem.

21:02, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 września 2011

A tak mi się dzisiaj - ni z gruchy, ni z pietruchy - przypomniało.

Będąc młodą lekarką... - czekaj, wróć. Jeszcze raz.

Będąc dziesięcioletnim chłopcem pojechałem z rodzicami i bratem nad jezioro, pod namioty. Tam przypadkowo spotkaliśmy znajomych ojca - babkę z gościem i dwójką dzieci: kilkuletnią dziewczynką i troszkę młodszym od niej chłopcem.

Pewnego dnia mieliśmy gdzieś razem iść. Lato, ciepło, to mój stary wdział koszulkę i jakieś szorty. Ot - letniak. Takiego wyluzowanego zobaczył go synek znajomych. Podszedł do ojca, zatrzymał się przed nim i mówi z dezaprobatą:

- Pan nie może iść z nami na spacer.
- Nie mogę? Ale czemu?
- Bo pan nie jest prawdziwym mężczyzną!
- Hm... A dlaczego tak sądzisz?!
- Bo prawdziwy mężczyzna nosi długie spodnie i łuk!!!

17:16, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 września 2011
Dzisiaj wystąpiłem przed pewną, zasilaną z naszych podatków instytucją,  jako specjalista od tak zwanych rollupów ;) Jakby ktoś nie wiedział, są to takie stojaki reklamowe z wyciąganą z kasety i rozpinaną na pionowym maszcie grafiką. Działa to na zasadzie rozwijanego ekranu.
Robiłem takie coś jako podwykonawca i co nieco się u klienta końcowego zjebało. To znaczy jeden z panów obsługujących ten mega skomplikowany sprzęt uwiesił się na składanym maszcie, upierdolił plastikową końcówkę i teraz szukał jelenia który zapłaci za nową.
Z deczka mnie to zmierziło, bo taki dynks już nawet z marżą oficjalnego importera od przyjaciół Kitajców to tylko dwadzieścia złotych. Paliwo na dojazd na te pseudo - oględziny kosztowało mnie 15 złotych. Straconej godziny na bełkot z urzędasem nawet nie liczę.
Ale co się okazało: otóż dowiedziałem się, dlaczego pan wije się jak pizda w occie: zgodnie z warunkami przetargu zakup dwóch metrów aluminiowej rurki fi 10 plus centymetrowy, klepany na wtryskarze w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy zaczep to koszt 150 zł + VAT :)
 
Po powrocie z rajzy: produkuję dla pracowników pewnej państwowej uczelni postery na konferencje naukowe. Hajkłaliti, na porządnym papierze i z użyciem super hiper zajebistej japońskiej maszyny. Drogo w druku więc nie startuję w przetargach z uwagi na brak tak zwanych szans. Robię dla tych co startują, i te przetargi wygrywają ;)
No ale o co kaman: wpadł dzisiaj do nas pan na rowerku, z pendrajwem w łapie i prośbą, coby mu taki poster na szybko zdjełat'. Bo się spóźnił, konferencja przez łikend i nie zrobi plakatu oficjalną drogą uczelnianą,  więc wybecaluje zaskórniak który żona mu dała na fajki.
Wziąłem w łapę kalkulator, policzyłem i wyszło, że gość zapłaci (po cenie dla tak zwanego frajera z ulicy) pięćdziesiąt złotych. Gość jak to usłyszał, dostał zadyszki i zaczął się krztusić. Już pomyślałem, że będę miał bidoka na sumieniu, gdy koleś wyjąkał:
- to tylko tyle to kosztuje? Ale nasza uczelnia płaci 300 zł od sztuki...
A teraz najlepsze: gdy otworzyłem otrzymany od szczęśliwego kolesia plik okazało się, że przypadkowo facet dossał się na mały łyk bezpośrednio do cyca - bez pośrednictwa mleczarni. On oczywiście nie wie, że to ja drukuję cały staf dla jego almamater, natomiast ja już wiem, jak rzeźbi mój klient ;)
 
Piętno dla tego całego cyrku z przetargami.
22:22, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2011

Nie wiem. Chyba zauroczony jestem tym małym koźlątkiem (koźlątkami?), że aż tak się od czapy zachowuję... A tu pracować trzeba, bloga pisać, itakdalej, itympodobnie. Aż się boję pomyśleć, co będzie, jak się na ten przykład za bardzo zagadam na temat jakiegoś krwawego filmu.

Była dzisiaj u nas klientka. Starsza pani w wieku mojej mamy. Robiła za wysłannika dobrych mocy, to znaczy z ramienia siakiejś spółdzielni mieszkaniowej miała odebrać dwa zamówione przez prezesa banery - co najważniejsze płacąc brzęczącą, gorącą monetą, a nie przelewem.

Zatem po wstępnych oględzinach gotowego produktu zaprosiłem klientkę na gorący stołek przy komputerze i kasie, aby wydać fakturę i na jej podstawie zainkasować pieniądze. Robiąc to (a sprawa u nas jest skomplikowana, bo wystawiając kilka faktur dziennie nie za bardzo chce się nam instalować programu do fakturowania, skoro można się posłużyć starym dobrym Open Officem - trzeba tylko pamiętać o wklepaniu odpowiedniej kwoty słownie, kolejnego numeru i aktualnych dat oraz wpisaniu dwóch magicznych słów: gotówka lub przelew) gaworzyliśmy sobie radośnie, co było dla mnie doskonałym treningiem wielowątkowości procesora głOwnego.

No gdy i po wydaniu faktury, zainkasowaniu zapłaty, odprowadzałem panią do wyjścia ta (studiując fakturę) nagle stanęła i pyta:

- Proszę pana. A czy księgowość mi się nie doczepi do faktury?
- A dlaczego by miała? Wszystkie dane i kwoty są przecież w porządku?
- No tak, ale ja jeszcze nigdy nie widziałam, żeby ktoś w pozycji "Forma płatności" podał: "Gotóweczka"...

22:50, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2



GG:23200496