czwartek, 30 września 2010

Na początku przepraszam za cross-posta.

Kilka dni temu sąsiadkę, starszą panią, odwiedził kuzyn z Erfurtu. Gość - pan po sześćdziesiątce - przyjechał do Krakowa na serwis ciała w swoszowickim uzdrowisku.

Niestety po serii zabiegow i późniejszych badaniach okazało się, że nie może w najbliższym czasie spędzić kilku godzin za kółkiem i odpadła droga powrotna do Niemiec w roli kierowcy samochodu.

Ponieważ Hardtmuth jest właścicielem piekarni i musi doglądać swojej trzódki, poprosił mnie, bym zaopiekował się do grudnia jego samochodem (co roku przed świętami jeździmy z żoną i znajomymi na tydzień do Erfurtu na słynny targ świąteczny na "Domplacu" i tamtejsze "bratwursty" - mógłbym auto przy okazji odstawić). Oczywiście nie mogłem starszemu panu odmówić i w ten sposób na dwa miesiące stałem się posiadaczem tego sympatycznego wozidełka.

Hardtmuth zasugerował, bym czuł się za kierownicą jak u siebie. Dlatego w ramach testów przejechałem się kilka razy po Krakowie, do tego wybrałem się na małą przejażdżkę autostradą do Katowic. No i niestety po ostatnim wyjeździe wyniknął problem :(

Po przejechaniu dwustu z małym hakiem kilometrów okazało się, że mój penis spuchł oraz wydłużył się w wzwodzie o dwa centymetry (trochę ponad dziesięć procent długości). W związku z tym mam pytanie: czy nie zaszkodzi mi trasa trzy razy dłuższa?

Z harcerskim pozdrowieniem,

Koziołek

17:27, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »

Przepraszam za cross - posta, ale chciałbym przy okazji napiętnować na pręgierzu pewną świnię zza naszej zachodniej granicy.

Otóż niejaki skorzenny1445 (profil: http://youtube.com/user/skorzeny1445 ) napisał coś takiego:

"You know alone that many human like nazis, we are strong, beautifull,
powerfull and true. And what is polish shit? Nobody know this people outside
from europa. I visit many countrys in world,? everyone love us becaus we are
killing many humanshit in history. Piss off shity polish dirt, we are all
louthing over you, lol go and stolen some car or fuck your mother"

Chciałbym odpowiedzieć tej gnidzie nie po angielsku, lecz w jej rodzimym języku, dodatkowo zapodając "wyproszony" u Grupowiczów tekst jako komentarz do profilu.  Nie znam jednak języka Goethego i dlatego prosiłbym osobę o naprawdę biegłej znajomości niemieckiego o "wysmażenie" czegoś  na tę okazję odpowiedniego.

Ponieważ osoby na których pomoc liczę w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto są pełnej krwi humanistami, pokładam w nich wszystkie moje nadzieje: tekst ten będzie na sto procent owocem pracy mózgu o niepośledniej inteligencji. Mimo to i wbrew oporom potencjalnych autorów prosiłbym, aby było w nim kilka bezpośrednich odwołań do złego prowadzenia się matki adresata, chorób wenerycznych (i innych) trawiących jej ciało a których skutki objawiły się u syna oraz parę kwiatków odnoszących się do wad anatomii tego indywiduum. Jeśli coś jeszcze podczas pisania przyjdzie Wam do głowy, będzie to mile widziane. Równocześnie będę zobowiązany za info, czy pod tekstem mam podpisać Autora (ewentualnie inicjał), czy siebie.

Aha, i ogromna prośba - proszę podać, o co w niemieckim tekście mniej więcej
chodzi.

Serdecznie pozdrawiam i z góry dziękuję za pomoc,

Koziołek


PS. Może nie wspominajmy o tym, że Otto Skorzeny był Austriakiem - w przyszłym tygodniu wybieram się na narty do Ischgl.

00:21, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 września 2010
piątek, 24 września 2010

Spotkałem się dzisiaj ze znajomą. Babka rok ode mnie starsza, ma męża i kilkunastoletniego syna z pierwszego małżeństwa. Wraz z mężem zaadoptowali parę miesięcy temu dwóch braci z domu dziecka. Pięć i sześć lat, "felerni" - młodszy z jedną nóżką krótszą od drugiej, starszy z mocno widocznym zezem i silną krótkowzrocznością w jednym oku.

W miarę swoich (dość skromnych, jak na takie jazdy) możliwości finansowych postanowili dzieciakom pomóc. Ze względów medycznych na pierwszy ogień poszedł starszy z braci, ten z wadą wzroku.

Oczywiście za sprawą procedur enefzetu jakakolwiek operacja byłaby możliwa w terminie, w którym byłaby pomocna jak umarłemu kadzidło. Ponoć wada jest do usunięcia do szóstego, maksymalnie siódmego roku życia (tak słyszałem - nie jestem profesorem Szaflikiem, więc nie upieram się, że jest inaczej). Dlatego też znajoma poszła z młodym do pewnego "prywatnego ośrodka zdrowia", będąc jednocześnie gotowa wybecalować ok. piątki, którą tam ta operacja kosztuje.

Na dzień dobry została ostro zjebana przez lekarza, że dopiero teraz z tym przychodzi, kiedy z racji wieku dzieciaka szanse powodzenia akcji są zdecydowanie mniejsze. Dopiero gdy wyjaśniła, że dzieciaczkiem opiekuje się dopiero trzeci miesiąc, że przez ten czas musiała malucha i jego brata oswoić z nowym domem, lekarz przeprosił, przebadał chłopca i wyznaczył wstępnie przybliżony termin operacji.

Po dwóch dniach znajoma dostała od wracia telefon z prośbą o spotkanie. Z duszą na ramieniu udała się do "ośrodka". Myślala, że dowie się o jakichś problemach.

Owszem, dowiedziała się ale o tym, że "ośrodek" nie weźmie ani złotówki i cała operacja odbędzie się na jego koszt.

Ponieważ przypadkowo ww. "prywatny ośrodek zdrowia" jest moim klientem, biorąc pod uwagę opisaną przeze mnie historię, NIE NAPIĘTNUJĘ go za płacenie faktur trzy, cztery miesiące po terminie, burdel w papierach i księgowość, z którą porozumiewać się trzeba po marsjańsku.

Dla koleżanki - wazelina.

23:33, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 września 2010

Na początku lat dziewięćdziesiątych miałem - na spółkę z kolegą - stragan z książkami i zabawkami na wadowickim placu targowym. Sąsiadem naszym (rajstopy, skarpetki i podkolanówki) był Darek, grający w deathmetalowej kapeli Taranis, chyba na basie. Kapela była dobrze znana w "mrocznych" kręgach: wystąpili jako jedna z kapel supportujących Obituary, udzielili się na płycie "Tribute to KAT", a Metalhammer siakieś piętnaście lat temu trzasnął sążnisty, ilustrowany licznymi zdjęciami, artykuł na ich temat.

***

W 92' chłopaki wydali swoją pierwszą oficjalną MC. Darek przyniósł ją na plac i uderzył do naszej sąsiadki, babki w średnim wieku handlującą kasetami typu Disco Polo i "kapele kieleckie" - z prośbą by puściła nam ich produkcję. Gdy zamiast "O miła moja, czy zdradziłem kiedyś cię" rozległ się wśród straganów wściekły growl, babka wybałuszyła oczy w niemym "co to, kurwa, jest???" i wyłączyła magnetofon.

***

Pewnego dnia Darek wpadł na targ z zinem, w którym był artykuł o kapeli. Wziąłem go do poczytania. W pewnym momencie zainteresowało mnie jedno zdanie - podszedłem do Dariusza, wciskającego jakiejś babce barchanowe rajtuzy.
- Ty, o co tu chodzi? "Pewnego ponurego, zimowego dnia Tom z Jacquesem postanowili założyć kapelę deathmetalową. Wkrótce dołączył do nich Amaimon". Darek, to ty jesteś ten Amaimon?
- Tak, ja.
- A co to w ogóle jest?
- Jak to, kurwa, "co"? Książę wschodnich piekieł!!!

***

Muzyk nazywa się podobnie do potocznego określenia sąsiada ze wschodu.

Kiedyś obchodziliśmy na placu urodziny jednego z kolegów. Pod koniec dnia, totalnie pijani, zaczęliśmy się pakować. W trakcie okazało się, że jednemu z naszych gości zginęły trampki i zakupiony u nas słownik.

- Słuchajcie, to chyba Darek XXXXX przez pomyłkę schował, jak się pakował po pijaku... - niestety towarzystwo "pod gazem" zrozumiało co innego:

- Co? Ruski zajebały Ryśkowi buty i słownik??? A to swołocz! Słownik - chuj. Nie będzie Rychu musiał nam płacić. Ale żeby trampki biednemu studentowi??? Idziemy szukać!!!

Skończyło się wielkim mordobiciem "z ruskimi". Ale o tym w innym odcinku.

20:26, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 września 2010

Mars vs Incepcja

Kto czytał "Marsa" (lub przeczyta poniższy fragment) i oglądał "Incepcję" - jak ja - będzie wiedział, o co chodzi.

Przypadek, ale robi wrażenie (chyba że Rafał Kosik dawno temu wyeksportował swą powieść, a my o tym nie wiemy ;)).
Uderzyło mnie podobieństwo pomiędzy jednym z wątków w czytanej przeze mnie powieści polskiego autora a filmem. Tekst ma ponad siedem lat. Skróty moje.

"(...) - Będę cię prowadziła.
Niechętnie położył się na wskazanym przez nią łóżku. Zobaczył w rogu ikonę podobną do pocztowej. Zachęcająco kiwnęła głową. Potwierdził wejście w trans. Unosili się. To zdaje się była nieokreśloność. Uwspólniony sen.
- Śnimy to samo? - Rozglądał się niepewnie.
- Elektryczny sen. Ciało jest odłączone jak podczas snu, ale mózg nie wchodzi w fazę REM. Niektórzy w ten sposób funkcjonują, nie tracąc kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie ma żadnych ograniczeń. Żebyś wiedział, w jakich szalonych wizjach brałam udział podczas pracy.
- To nie jest dość szalone? (...)
- To sen podstawowy, bez jasno określonego profilu, bez wyraźnych kryteriów. Wolna gra wyobraźni, ale bardzo zbliżona realowi.
- Realowi? Nie wydaje mi się. (...)
- To dlatego, że nie masz doświadczenia. Sen jest realny: nie tracisz poczucia własnej odrębności, nie zakochujesz się, nie zmieniasz poglądów. Twoje ego jest poza obszarem modyfikacji. Niektórzy nałogowcy zaczynają elektryczne eskapady od dokładnego rozpłynięcia się w środowisku. Inni tworzą alternatywne życia, do których wracają po całym dniu w realu. Przyśpieszają bieg czasu, by móc brać udział w kilku historiach po kolei. Bawiąc się tempem, można w ciągu jednego roku przeżyć kilkadziesiąt lat, na czas snu wyrzucając z pamięci istnienie świata zewnętrznego. Czasem zdejmują wszelkie ograniczenia. Potrafią zdryfować bardzo daleko, gmatwając prawa fizyki, dezintegrując lub rozszczepiając własne osobowości, zmieniając podstawowe założenia egzystencji. (...)
Możesz zrobić, co chcesz. Także ze mną. Uderzyć, zabić, pociąć na kawałki. Ustawiłam sobie próg bólu, po którym program automatycznie mnie wyloguje. Zostaniesz z emulatorem i nawet nie zauważysz zmiany. Możesz też dać mi inne ciało, inny charakter, choć sen będzie wspólny już tylko częściowo.

Leciał Skoczkiem, między budynkami tak wysokimi, że ich szczyty ginęły w gwiazdach. Nieskończone ciągi okien, idące w setki rzędy coraz wspanialszych budowli. (...)"

Wazelina dla filmu, wazelina dla Kosika. Autorze, kiedy kolejna "dorosła" powieść? "Vertical" przemłóciłem już trzy razy, "Marsa" i "Kameleona" po dwa - nie powiem, że bez przyjemności, w końcu cały czas znajduje się jakieś smaczki :)

Link do strony Rafała Kosika.

Recenzja "Marsa" na scfi.pl.

Najnowsza recenzja "Marsa" na Fahrenheit.

piątek, 17 września 2010

Niniejszym grupę pl.pregierz wazelinuję.

Zastanawiałem się dzisiaj, po kiego chuja czytam i sam generuję co poniektóre tutejsze wątki. Jednak gdy się dokładniej sprawie przyjrzałem, stwierdziłem, że tu sama  prawie elita (bez ironii) naszego społeczeństwa występuje: lekarze, nauczyciele, biznesmeni, naukowcy, studenci, etc., itd. Nawet listonosz jeden był, ale taki, który wybrał się w podróż dookoła świata. Ludzie którzy "w realu" uchodzą za miłych, sympatycznych, czy też "konkretnych" i profesjonalistów - vide Art.

No i dochodzę do wniosku, że skoro niektórzy czują potrzebę wyżalenia się psychoanalitykowi, pewien procent w konfesjonale smarka w księżą sukienkę, o tyle wszyscy muszą srać. Więc jeśli chodzi o psychiczną defekację, pręg jest miejscem wzorcowym i jako taki musi znaleźć się w Sevres.

Z harcerskim pozdrowieniem,

Koziołek

PS: Dla zainteresowanych a nie znających tematu - których gorąco na pręga zapraszam - na grupę można pisać korzystając z programu pocztowego (ja korzystam ze zwykłej poczty Windows).

Najprościej jednak przez bramki "news" (trzeba się logować). Np.:

http://groups.google.pl

http://niusy.onet.pl =>NAJNOWSZE WĄTKI

http://usenet.gazeta.pl

A więc przybywajcie!!!

20:22, koziolek_matolek_1234 , oczy szeroko otwarte
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 września 2010

Dzisiaj druga z mrożących krew w żyłach historii "z zębem".

Gdy chodziłem do technikum, odwiedzałem tamtejszy gabinet dentystyczny, gdzie urzędowała pani Z. ze swoją asystentką. Panie miały dość nieprzyjemny dla pacjentów zwyczaj: otóż zdarzało im się podjąć jakiś bulwersujący je temat i "nakręcać się" nawzajem pod wpływem rozmowy, co w rezultacie było bardzo bolesne dla siedzącego na fotelu.

Pani stomatolog obrabia mi raz górną lewą piątkę:
- A słyszała pani doktor, co ten gnój jeden z drugim wczoraj zrobili? - zagaduje asystentka
- Co zrobili? Opowiedzże pani?
- No poszli do [BLE BLE BLE BLE BLE, SRATATA, BLE BLE BLE]
- No co też pani nie powie. A to chamy!!! - i przenosi te emocje na bormaszynkę, a mi tylko łzy z oczu lecą i głowę mi podnosi.
- Aaaa, aaaaaaaaaaa!!!
- Co, Koziołku. Boli???
- Aaahaaa
- MUSI BOLEĆ!!! - a ja, kurwa, prawie lewituję, no bo wierci w górnej szczęce i napiera, napiera, napiera...

10:51, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 września 2010

Z rodzinnego archiwum - Bydgoszcz, młode lata siedemdziesiąte - wkrótce przed narodzinami Koziołka.

Sprawy Rodzinne - Dzień Babci

00:25, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (1) »
środa, 08 września 2010

Dobrych dziesięć lat temu nazad zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną do pewnej krakowskiej firmy reklamowej. Po pierwszej (przeprowadzonej przez jednego z właścicieli) zostałem zaproszony na drugą. Tu maglowało mnie już dwóch.

Wszystko fajnie, "egzamin" zdany bardzo dobrze, konwenanse zachowane, wiedziałem że jestem przyjęty. I wtedy jeden z nich postanowił zadać mi dodatkowe pytanie:

Szef 1: - Zapytam o jeszcze jedną sprawę.
Szef 2: - X, daj już spokój, przecież wiemy wszystko!
1: - Widział pan naszą sekretarkę?
Ja: - Tak, widziałem.
1: - I jak, niezła jest?
Ja: - [nie wiem, co jest grane :)] No tak, atrakcyjna.
1: - To co w takim razie powiedziałby pan na to, żeby w godzinach pracy wydupczyć ją w kiblu na zapleczu?
Ja: - Eee... [zapowietrzenie] w godzinach pracy to chyba nie bardzo...

19:05, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2



GG:23200496