poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Był dzisiaj u nas Rajmund. To taki dobry kolega, wery sympatyczny i miły - chłop że do rany przyłóż. Jest taki i w kontaktach koleżeńskich, jak również w domu.

Ma on kobietę. Dokładnie to żonę. Stworzenie one od niedawna pracuje w jednej firmie, gdzie poznało pewną panią. Dziewczyny bardzo się polubiły (dlaczego? Nie wiem. Być może ze względu na wiek - obie mają po trzydzieści dwa lata). Do tego stopnia, że rajmundowa postanowiła pojechać z koleżanką na wakacje, na Mazury.

Spytałem w czym problem? - "Pakujesz młodego, żonę i przyjaciółkę, jedziecie na wybyczkę i fajnie się bawicie. Może nawet spróbujesz sił w siakimś trójkącie".

Niestety okazało się, że żona chce jechać z dziewczyną sama. Nie dała sobie nawet wcisnąć młodego. Ona i psiapsiółka i basta ;) Na moje pytanie, co on na to, odpowiedział, że ni chuja - nie pozwolił i koniec.

Najlepsze: kiedy powiedział, że nie ma mowy, dziewczę się zaperzyło, po czym zapłakało i wytoczyło argument ostateczny:

- Ale dlaczego nie chcesz puścić nas samych? Przecież ona jest jeszcze dziewicą!

O|O

18:55, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 sierpnia 2011

Przeczytałem dzisiaj najnowszy wpis na blogu Morfeusza. Autor cholernie mnie rozmiękczył opisem łączenia szpitalnych rozmów ze światem z użyciem ręcznej centrali telefonicznej:

Wchodzę do dyżurki celem wykonania telefonu w sprawie pacjenta.
Pani doktor: Szef zamówił rozmowę. Ze Światem!
Mówiąc krótko czekamy aż pani Basia z centrali wsadzi odpowiednią wtyczkę w odpowiednie gniazdo i połączy rozmowę ;]
Chwilę potem pani Basia zadzwoniła z wieścią, że rozmowy nie będzie - widocznie szef okazał się niegodzien zainteresowania ze strony Świata. Udał się do swego gabinetu aby w samotności przeżywać tą życiową porażkę ;]

...na co odpowiedziałem komentem:

LOL To są jeszcze w Polsce czynne takie zabytkowe centrale?
Moja mama "opiekowała się" centralą w wadowickim szpitalu. Z tego co pamiętam - a miałem ok. 10 - 12 lat, połowa '80-tych, to już wtedy mieli oni takiego małego "strołdżera" (głośne monstrum, w którym wybieranie numerów odbywało się na drodze elektromechanicznej; były tak zwane wybieraki, obracające się ze zgrzytem i przełączające pomiędzy stykami z cienkich blaszek. Do tego tysiące przekaźników, przełączników i innego badziewia - średnia centrala Strowger na kilkanaście tysięcy numerów  generowała hałas zbliżający się w godzinach szczytu rozmów do stu decybeli).
Strowger umożliwiał bezpośredni kontakt ze światem, wybierając numer kierunkowy, np "0", tudzież dzwonienie do innych działów na terenie szpitala bez konieczności pośrednika w postaci pani Basi łączącej rozmowy.
Centralka o której mówisz - taki bufet z otworkami, do których wpina się odpowiednie wtyczki podobne do dużych dżeków, tyle że dłuższe - zdemontowano i zezłomowano w tym szpitalu na początku lat osiemdziesiątych. Stoi teraz ona w domu mojego ojca i robi jako stół warsztatowy.
To tyle mojego wykładu z historii telekomunikacji w Polsce. Co nieco pamiętam, bo jak byłem mały, to mieszkaliśmy w służbowym mieszkaniu obok wadowickiej centrali miejskiej. Prawie się tam wychowałem jeżdżąc na wielkich aluminiowych drabinach na stałe zamocowanych równolegle do wysokich na trzy metry stojaków centrali ;) 

Na swoje usprawiedliwienie mam to, że całe moje dzieciństwo upłynęło w murach Centrali Automatycznej. Mama miała brata i mnie na wyciągnięcie ręki - wystarczyło dwadzieścia kroków, a karząca ręka "kierowniczki" sprzedawała klapsy naszym małym dupom po każdym donosie któregoś z jej podwładnych - naszym ulubionym zajęciem był np. demontaż masek z parkujących pod budynkiem nysek i żuków Łączności...

Ech, chyba idę się kurwa popłakać. A jakby ktoś chciał się dowiedzieć, co to za twór - ta CA, to pod poniższą fotką (dokładnie tak to wyglądało - były jeszcze pomiędzy tymi "ścianami" takie metalowe drabiny na gumowanych kółkach, zamocowane do podczepionych do sufitu szyn) jest link do artykułu na Wiki:

CENTRALA AUTOMATYCZNA STROWGER

 

23:04, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (5) »

Kraków znany jest z tego, że jego mieszkańcy - dusigrosze - każdą możliwą miejscówkę przerabiają na lokal użytkowy.

Piwnicę lub oficynę w centrum tego szacownego grodu można zagospodarować jako knajpę, warzywniak albo burdel. Można też, co jest na krakowskim Rynku i w jego najbliższym otoczeniu nadzwyczaj popularne, otworzyć sklep obuwniczy. Często - dzięki bezpośredniemu połączeniu ze "starożytną" siecią kanalizacyjną - przybytek zapewnia dodatkowe atrakcje.

Pewnego dnia w Sklepie pojawił się nowy pracownik. Jego przybycie spowodowało, że cały personel płci żeńskiej spierdolił na stołki, a klientki z krzykiem ewakuowały się na ulicę: po Sklepie zaczął ganiać dorodny szczur, by po chwili zniknąć w jakimś zakamarku.
Od tego pamiętnego dnia Zenek (który wtedy jeszcze nie był Zenkiem) objawiał się pracownikom, a czasami też klientom. Jakiekolwiek próby otrucia go spełzały na niczym, a przepędzany wracał.

Razu jednego szczur zaprezentował się mierzącej buty w obecności właściciela Sklepu klientce. Dziewczyny jak zwykle hyc na zaplecze i na stołki. Na sali pozostał właściciel, zwierzak i zachowująca się jak gdyby nigdy nic, klientka:

- O! jaki ładny szczurek! Wygląda jak dziki, a takie ma śliczne futerko. Oswojony?
- Tak, oswojony. Jest naszą maskotką.
- Jak się wabi?
- Zenek.
- Jak ślicznie. Muszę opowiedzieć przyjaciółkom!

I tak właśnie Zenek został Zenkiem.
Futrzak chyba za bardzo wziął do serca słowa szefa, bo wkrótce dał sie mu podejść od tyłu z łopatą do sniegu. W ten sposób Sklep stracił swoją maskotkę.

Ale życie, jak to życie. Nie znosi próżni i ma wszystko w dupie. I wkrótce dopisało rozdział pod tytułem: "Zenek - reaktywacja" :)

14:36, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 sierpnia 2011

Do chuja Wacława. Jestem jak Wołoszański!

Pomiędzy jednym a drugim łykiem piwa, ślizgając się wzrokiem po najnowszym łonetowym artykule, natrafiłem na takie oto cudeńko - artykuł o tajemniczych bliźniaczych dziurach na dnie Bałtyku:

DZIURY W DNIE BAŁTYKU

Ponieważ wciągnąłem swego czasu sporo książek o tematyce wojenno - marynistycznej, od razu stanęły mi przed oczami sceny, jak dzielni marynarze napierdalają sprzężonymi, bliźniaczymi wyrzutniami bomb głębinowych, polując na pojedyńcze egzemplarze wilczego stada niemieckich U-Botów.

Przyznam się Wam, moi kochani czytacze, że aż zadzwoniłem przed chwilą do wymienionego w tekście profesora Jana Marcina Węsławskiego - tego który stwierdził, że to wszystko wina wypływającej z dna Bałtyku deszczówki. Niestety późno było i nie odebrał :(

Na całe szczęście wrzuciłem jako koment do artykułu następujący tekst:

A czy bomby głębinowe nie były zrzucane parami?

Z bliźniaczych wyrzutni, takich jak na tym zdjęciu:
http://i247.photobucket.com/albums/gg126/Chrisss90/obraz049.jpg
Bomby wyrzucane równocześnie detonują na pewnej, ustawionej głębokości. Ponieważ Bałtyk jest płytkim morzem, bardzo często do eksplozji dochodziło praktycznie na morskim dnie - stąd te dziury.
Sprawę rozwiązał wasz Szerlok, Koziołek. Tak więc panowie z Urzędu Morskiego. Z dziękczynieniem zapraszam na mojego bloga. Loda przyjmuję w godzinach od dziewiątej do siedemnastej.

Z harcerskim pozdrowieniem,

Koziołek

Nie ukrywam, że spodziewam się teraz jakiegoś orgazmu - nieważne, czy któryś z urzędników zrobi tego loda, czy poczuję się dowartościowany, gdy prof. Węsławski na międzynarodowej konferencji morskiej powie:

- Proszę państwa. Tak. To Koziołek! To on odkrył pochodzenie tych tajemniczych dziur!!!

W każdym razie IMHO to najprostsze, przychodzące do łba rozwiązanie. A do profesora zadzwonię, jak tylko wstanę!!!

 

EDIT 23:48

Oddaję hołd i zwracam honor alojzowi:

Instytut Oceanologii Polskiej Akademii Nauk w Sopocie twierdzi BZDURY!!!!
Dlaczego udają, że nie widzą dziwnego rozlokowania tych kraterów. Owszem wody słodkie czy metan tworzą podobne struktury, ale nigdy w bliźniaczych konfiguracjach. Według mnie są to kratery po bombach głębinowych zrzuconych z kutra śledzącego jakąś łódź podwodną. Bomby musiały być zrzucane parami, co jakiś czas. Na fotografii układ lejów obrazuje drogę po której poruszał się kuter.
I to chyba cała zagadka.
Ech... My, geniusze ;)
środa, 24 sierpnia 2011

Wakacyjne miechy, więc w pracowni lipa z miętą. Plaża. Pablo na urlopie, a my ze wspólnikiem siedzimy i tylko patrzymy, jak nam rosną cycki. Dlatego tę odrobinę rozrywki przyjąłem jako nieoczekiwany gift od losu.

Wpadł dzisiaj do nas klient. Coby mu coś wydrukować. Nowy, z ulicy, ale pewnie po raz pierwszy i ostatni: wstyd nie pozwoli mu ponownie przekroczyć naszych progów, mimo że - jak wszystkich - obsłużyliśmy go na najwyższym, światowym poziomie.

Uparł się, że poczeka u nas te pół godziny, przez które maszyna będzie wypluwać jego wydruk. Bo spieszy się na siłkę, a w ogóle to pierdoli pierogi (wszystkich którzy muszą na coś poczekać, wysyłamy do pierogarni naprzeciw na zajebiste pierogi i gołąbki): ostro ćwiczy i on tam szitu jeść nie będzie.

No to dobra. Posadziliśmy go w kąciku wypoczynkowym, napoiliśmy niegazowaną wodą i uraczyliśmy razgawarem. Ot. Nowy klient. Trzeba chuchać, dmuchać i zrobić loda, a może jeszcze wróci.

Wspólnik chyba z deka za dużo polał mu tej Wysowianki, bo koleś w pewnym momencie spytał, czy może skorzystać z toalety. No to skierowaliśmy go do Śluzy, by w spokoju oddał swoje trzy krople moczu.

Poszedł, ale niewiele brakowało, by już nie wrócił - nagle uchyliły się drzwi i do naszych uszu dotarł szept niemal sceniczny:

- Panowie, panowie, niech któryś z was podejdzie!
- Tak, panie Mariuszu?
- Mam prośbę. W bagażniku mam rzeczy na siłkę. Mógłby mi któryś z panów przynieść spodenki? - szpara nieco się poszerzyła i pojawiła się ręka z kluczykiem
- Noł problem - kumpel jako ten "bliższy" przechwycił kluczyk i poszedł po rzeczone pantalony.

Ot, wypadek. Każdemu może się co nieco zdarzyć. Nie ukrywam, że zachodziliśmy w głowę, co przydarzyło się panu. Ale on sam, wychodząc ze zwiniętymi pod pachą dżinsami, podzielił się radosną nowiną:

- Wiecie panowie jak to bywa: nie wydusiłem do końca jaszczura i końcówka mi się ulała w gatki. Kulawo chodzić z plamą w kroku - na co mój wspólnik:
- Ja w takim przypadku chlapię się wodą i mówię, że strzeliło z rur. Przynajmniej nie muszę zmieniać spodni.

Moja mina - bezcenna ;)

23:32, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (1) »
wtorek, 23 sierpnia 2011

Chyba idzie jesień - zamieszkał u nas w klatce kolejny gej.

Piszę kolejny, bo to już czwarty. Dwaj tworzą Podstawową Komórkę Społeczną, jeden mieszka solo (czasem tylko odwiedzany przez kumpli), a ten - jeszcze nie wiadomo. Ale zdążył się z nami zapoznać, z przytupem zrobił coming out przed lokatorami i zaskarbił sobie "przyjaźń" sąsiadki. Ot, taki chłopak, co to się z niczym nie pierdoli.

Wracam wczoraj styrany po robocie do domu. Na korytarzu stoi jeden z sąsiadów - gejów z kimś nowym. Podszedłem przybić piątkę i zapoznać się z nowym "ktosiem":

- Cześć, jestem Koziołek
- Cześć. A ja jestem Stefan i jestem pedałem. A ty może też nim jesteś?
- U&TE&QT#BUFB Aha... No nie, ja bzykam tylko panie...

No ale po chwili zapowietrzenie mi przeszło i rozmowa powróciła na wcześniejsze tory, to jest na temat przyszłego koncertu Georga Michaela.

Traf sprawił, że przyplątała się moja ulubiona - sprawna umysłowo inaczej - sąsiadka (ta od turysty zastrzelonego ze sznaucera i przesypiających codziennie zimę niedźwiedzi):

- [Sąsiadka & Stefan] (BUZI, DUPCI)
.
.
.
- [Sąsiadka] Lubię dżordża majkela... Mmm... Taki przystojny jest... Szkoda że jest gejem!
- [Stefan] A co, myślisz że to ma jakieś znaczenie?
- [Sąsiadka] A co, nie ma?
- [Stefan] No pewnie, że nie ma. Nie ma znaczenia ani dla mnie - mimo że jestem pedałem, ani dla ciebie. Gdyby nawet był hetero i tak by cię nie wyruchał.

Sąsiadka na bezdechu dała natychmiast nogę, a my z chłopakami  zastanawiamy się teraz, czy Stefan zdąży odkręcić sprawę, nim dostanie w mordę od wkurwionego małżonka. W końcu chciał tylko babce zasugerować, że bogowie nie spółkują ze śmiertelnikami...

Tagi: gay gej
19:10, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 sierpnia 2011

Oglądałem kiedyś film fabularny o prapoczątkach majkrosoftu. Postanowiłem sobie go odświeżyć, niestety nie pamiętam tytułu. Wrzuciłem więc do gogola frazę "film o bill gates fabularny". No i wskoczyło mi na podium:

Cmentarne wrota - Cemetery Gates – film fabularny (horror) produkcji amerykańskiej

Niniejszym wazelina za rozbawienie :)

00:34, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »
środa, 17 sierpnia 2011

Po ostatnim spotkaniu z sąsiadką które skończyło się obejrzeniem Festiwalu Cyganów, postanowiłem przyjrzeć się z bliska romskim sąsiadom.

Traf sprawił, że nie musiałem wyjść dalej, niż na balkon. Zatem udałem się wczoraj podlać bazylię i skopcić ostatniego z paczki porzucanych papierosów.

No i tak stojąc przy barierce, otoczony wonnymi ziołami i śmierdzącym dymem peta, stałem się świadkiem miłosnej sceny: Biały Kamienicznik versus Romski Najemca:


- [Najemca - wychodząc z telefonem w dłoni na balkon ciut przygłośnego mieszkania] No witam, panie Arturku.
- [Kamienicznik] ...
- [Najemca] No co pan...
- [K] ...
- [Najemca] No panie Arturku!
- [K] ...
- [Najemca] No panie Arturku! U mnie słowo - rzecz święta! Dałem słowo: nie będzie libacji - to nie będzie!!!
- [K] ...
- [Najemca] No panie Arturku! Ja wiem, że może być trochę głośno. To moje dzieci! Nie widziały ojca dwa tygodnie, to teraz siedzimy i oglądamy telewizję. I jest trochę głośniej.
- [K] ...
- [Najemca] Panie Arturku - powiedziałem! A u mnie słowo - rzecz święta!!!
- [K] ...
- [Najemca] Dziękuję i dobranoc - słowo Zawiszy!!
.
.
.
.
.
- [Najemca - wychylając się za barierkę i o drugiej w nocy krzycząc na całą ulicę] CO KURWA - MACIE USZY I MORDY PRZY MOJEJ DUPIE??? TO JA WAM ZARAZ W TE MORDY NASRAM!!!

Hm... A ponoć dziś prawdziwych Cyganów już nie ma....

23:55, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »
środa, 10 sierpnia 2011

Coś mnie zamroczyło i niestety przegapiłem moment drugiej rocznicy pierwszego wpisu na moim blogu. Dokładnie 30 lipca 2009 roku, zainspirowany bluzgami "przyjaciół" z grupy dyskusyjnej pl.pregierz mających już dość trolla - Koziołka, opublikowałem notkę o Analetto - linii kremów dla gejów.

No i przez to nie pierdyknęły korki od szampanów, nie dostałem naręczy kwiatów, a stadko prześlicznych fanek nie zaciągnęło mnie do alkowy, aby w miłosnym uniesieniu obdarować nagrodą za dwuletni trud znojnego blogowania.

Nic. Olać to. Może za rok nadrobię...

19:40, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 sierpnia 2011

W sobotę byliśmy z żoną na grzybach. Z głupia frant - zamiast pojechać do Ojcowa, poniosło nas do Olkusza i dwa kilometry za tym przezacnym miastem w godzinę wyharataliśmy ponad kilogram podgrzybków, zajączków i maślaków. Nawet jeden borowik ponury się przyplątał, ale o tym dowiedziałem się już w domu i gdy miałem zadecydować: zjem grzyba, czy wypiję wódę - wybrałem alko.

Ale nie o tym chciałem napisać.

Po sobotnich żniwach szybko nabrałem ochoty na kolejną wyprawę do lasu. Więc wczoraj (poniedziałek) zerwałem się nieco szybciej z pracowni i wyrwałem do Głogoczowa, gdzie ponoć - jak popada i jest ciepło - idzie się z kosą do lasu i tnie grzybiory. A jak chłopu w trakcie sikania odpadnie spod napletka kawałek grzybni, nie mija godzina, a wyrasta pod drzewem dorodny borowik.

Więc wpadłem tylko na chwilę do domu, coby porwać wiaderko, nóż i nierozdziewiczoną foliową pelerynkę (żona nie chciała jechać, a czapeczkę hajnekena miałem w aucie) i już po kilunastu minutach objeżdżałem korek na zakopiance w Mogilanach. Zaparkowałem na leśnym parkingu, wdziałem czapeczkę i pelerynkę. W jedną łapę chwyciłem wiadro, w drugą kozik i podarłem do lasu.

Po godzinie łażenia bilans: zero. Cały las wyglądał, jak amerykańska preria po przebieżce bizonów. Wszystko stratowane. Miałem już wracać, ale z oddali dostrzegłem młodziutką dąbrówkę. "Tam muszą być grzyby" - stwierdziłem, i niemal w podskokach pognałem w kierunku młodniaka.

Z bliska okazało się, że lasek, owszem, wygląda zachęcająco, ale jest otoczony drucianym ogrodzeniem. Po przejściu wzdłuż płotu jakichś trzystu metrów znalazłem drewnianą drabinkę która przekraczała siatkę ("aha, czyli płot to tylko na zwierzęta, mogę przejść po kładce"). Złapałem nóż w zęby i podpierając się wolną ręką, zacząłem przełazić. Niestety nie doceniłem słusznej linii naszej władzy - drabinka pierdolnęła pod moim ciężarem i na mordę poleciałem w pokrzywy. Całe szczęście nóż wypadł mi z gęby i to tak, że się na niego nie nadziałem - inaczej nie smarował bym tej notki ;)

No nic. Trza iść dalej. Ale postanowiłem zadzwonić do Pabla i troszkę go powkurzać historiami typu "taaaaaaka ryba":

- Cześć Paweł. Możesz gadać?
- Hej. Mogę. Wylazłem z tramwaju. Co tam?
- Stary. Mogłeś ze mną jechać! [namawiałem Pabla na mały rekonesans przed planowanym, wspólnym wyjazdem łikendowym]
- Co ty? Są???
- Są! I to ile!!! Stary, setki. Podgrzybki, borowiki, maślaki. Gdzie nie spojrzę, tam grzyb. Masakra. Mógłbym iść z kosą!!!
- Nie pierdol. Poważnie???!
- Poważnie. Gdzie okiem sięgnąć, tam jadalne grzyby.
- O kurwa...
- Tylko mam jeden problem...
- Jaki?
- Napierdala deszczem.
- No i?...
- No i ubrałem taką niebieską, foliową pelerynkę i ona strasznie szeleści jak pada na nią deszcz i jak idę.
- ...
- No i jak podchodzę bliżej, to te grzyby to słyszą, spierdalają i chowają się przede mną...
- ?>*&!!(#&*@$@*"!   :)))

No i jak skończyłem pieprzyć te głupoty i się rozłączyłem skapnąłem się, że zabłądziłem. Nie wiedziałem, skąd przyszedłem. Robi się pomału ciemno, nie słychać aut, leje deszcz. Buty przemokły do cna, a pelerynka potargana. Jeden z telefonów (ten z nawigacją - Nokia E52 - grądzie jej w prukwę) - zamókł i definitywnie zastrajkował. Dopiero po kwadransie trafiłem na jakąś dróżkę ze śladami terenowca. Ale którędy iść? W lewo, czy w prawo? Poszedłem w lewo.

Po kolejnych piętnastu minetach doszedłem do jakiejś polanki, domku i stodoły. Niestety nie było nikogo (albo bał się wyjść, widząc chłopa w bejsbolówce i trzydziestocentymetrowym nożem w łapie). Tyle że tam kończył się trakt i drogą eliminacji pozostał mi tylko jeden kierunek.

Po dwudziestu pięciu minutach doszedłem w końcu do auta. Kij, że z innej strony i kij, że gdybym polazł w prawo, wygrał bym w totolotka oszczędzając sporo czasu - ważne, że mogłem zrzucić przemokłą koszulkę i "kapelusz", strzępy peleryny do śmietnika, odpalić silnik i na na full ogrzewanie.

Jadąc do domu poczułem, że zaczyna mnie "cliwić" w gardle. Oho, trzeba zahaczyć siakiś sklep i kupić grzańca! Wpadłem zatem do Lewiatana. Niestety z nagim torsem, w przemoczonych i ubłoconych butach i dżinsach. Stoję przy kasie i pomału zaczyna wracać mi humor:

- Niech się tak pani na mnie nie patrzy. Byłem na grzybach.
- Strasznie pana zlało.
- E tam - zlało. Napadł mnie niedźwiedź i zeżarł koszulkę!
- Na pana miejscu poczekałabym, aż ją wysra.

Niniejszym piętnuję wychowanie pracującej w spożywczaku młodzieży.

23:15, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (6) »



GG:23200496