sobota, 27 lipca 2013

Pl.soc.prawo, pl.pregierz, przed chwilą.

Czuwaj!

Oprócz tego, że troluję i opisuję to na koziołkowym blogu, od roku z hakiem (czyli od chwili narodzin) prowadzę drugiego bloga, w imieniu mojego pierworodnego.
Generalnie ma to być taka pamiątka, do tego rozsiana po świecie rodzinka od czasu do czasu może zaglądnąć, obejrzeć fotki (ewentualnie filmik, np. jak to Mati zaczął chodzić i się nawet nie wypierdolił) i poczytać koziołkowe, słitaśne prorodzinne wypociny.

No ale przez to przed chwilą się wkurwiłem. Otóż na stronie blogów Gazety Wyborczej został ogłoszony konkurs dla - ni mniej, ni więcej - blogujących matek. Ja pod Matkę Polkę ni chuja podciągnąć się nie dam. (chyba że ogolę jajka i upchnę siusiaka między gdzieś między nogami; cycki już mam, tyle że nie mleczne) i czuję się, kurwa, dyskryminowany i urażony. Do tego w regulaminie

(http://www.edziecko.pl/nakrecone_matki/1,132868,14096859,Regulamin_konkursu__Nakrecone_matki____Regulamin__.html)

"stoi" coś takiego:

"2. Uczestnikami Konkursu mogą być kobiety spodziewające się dziecka oraz matki, posiadające pełną zdolność do czynności prawnych oraz zamieszkałe na stałe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, które spełnią warunki określone w Regulaminie."

Ja rozumiem, że "wolność Tomku w swoim domku", ale skoro ten kraj schodzi na psy, znaczy - stajemy się kalką pieprzonej Szwecji, to czy ogłaszanie takiego konkursu przez Gazetę (!!! - taką w kwestiach obowiązków ojca, równości ras i innego szitu świętojebliwą) nie jest przegięciem?

Stąd moje pytanie: czy można to TANIO zaskarżyć? Aż mnie racice świerzbią, żeby podać organizatorów konkursu do sądu pod zarzutem dyskryminacji i zobaczyć, co z tego wyniknie. Jeżeli kosztowało by mnie to nie więcej, niż stówkę, dwie, chętnie to zrobię. A czuję, że mogło by być wesoło...

Crosspost: pl.pregierz

Z harcerskim pozdrowieniem,

Koziołek
--
www.przepraszamzacrossposta.blox.pl
www.blogmateuszka.blox.pl




23:41, koziolek_matolek_1234 , się pytam
Link Komentarze (4) »
niedziela, 21 lipca 2013

Dzisiaj dowcipnie. Pewnie suchar (przynajmniej dla mnie - znam to chyba z dziesięć lat), ale zawsze - i wszędzie - chętnie opowiadam.

Józef chciał się ochajtać. Najwyższa pora - chłop z trzydziestką na karku, a bez baby. Musiałby bykowe płacić, na jego szczęście było to w czasach "przed".

Miał na widelcu dwie gwiazdy: Zofkę i Ryfkę.

Pierwsza, piękność nad pięknościami, przychylną mu była (bo i z Józka było nie lada ciacho, a do tego majętny i pracowity, do tego religijny Żyd). Mimo że śliczna, miała feler (który jednak w dużym stopniu równoważyła jej uroda) - otóż była chutliwa jak młody cap i nadstawiała każdemu, nawet garbatemu Izakowi który roztrząsał gnój u znienawidzonego Józefowego sąsiada.

Ryfka, zapatrzona w Józefa jak pawian w banana, ślubowała mu jeszcze w piaskownicy, gdzie razem kocie kupy zjadali, wierność. Słowa dotrzymała do teraz i bardzo chciała go poślubić. Niestety brzydka była jak kasjerka, która zawsze mnie obsługuje w banku: cera dziobata, wągrzasta, krzywe, królicze zęby i nieświeży oddech.

Józwa miał dylemat, ni chuja nie mógł zdecydować: piękna ale puszczalska, czy wierna, ale szpetna. By sprawę wyjaśnić, poszedł do rabina Pasha. Naświetlił mu sprawę i spytał, którą z nich ma poślubić.

Rabbi spojrzał na młokosa, pogłaskał brodę, pejsa na palcu zakręcił i rzekł:

- Musisz sam to rozstrzygnąć, Józefie, zadając sobie pytanie: co wolisz - jeść gówno samemu, czy tort z kolegami?

22:07, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lipca 2013

Wczoraj Moje Kochanie było u gina.

I stało się - będzie córa...

Nie, żebym miał jakieś ALE - córeczkę będę kochał na równi z Matim. Tylko mnie, kurwa, przerażają te hordy chłopaków które będę musiał ("kiedyś, w przyszłości") odpędzać kijem od mojej nastoletniej córci ;)

00:13, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 lipca 2013

Jak zapewne wiecie, od piętnastu miesięcy jestem tatusiem. Syn udał mi się znakomicie: przesypia noce (a dzięki temu ja i Moje Kochanie), mało płacze, dużo się śmieje i potrafi sam zorganizować sobie zabawę - zamiast przeszkadzać zapracowanemu staremu, zapierdala sobie na czworakach, turlając ukochaną butelkę po kokakoli.

Jest różowo do tego stopnia, że można powiedzieć, iż mamy z żoną na jego punkcie tak zwanego pierdolca (jak to kiedyś określiła moja sąsiadka z góry).

Ale po dzisiejszym dniu zaczynam się chyba robić o młodego zazdrosny - żona w pracy, to spędziliśmy razem dzień. Wypad w miasto, kawa, siakieś zakupy, wszędzie przynajmniej jedna babka która wpada Mateuszowi w oko: śmieje się do niej, gaworzy, wyciąga łapki. Ona oczywiście "ti, ti, ti, jaki śliczny chłopczyk! Przecudowny!!!" i nie przyjdzie jej przez myśl walnąć komplementem pod adresem tatusia.

Apogeum nastąpiło dzisiaj w salonie orendż. Posadziłem młodego w pomarańczowym fotelu i duszę ręką, bo już skubaniec wstając z fotela, z szerokim uśmiechem zagaduje obsługującą mnie konsultantkę, do tego stopnia, że ta zamiast mnie "załatwiać", gadała sobie z moim pierworodnym. W finale spytała, czy może zawołać koleżankę "bo taki świetny chłopak", poszła i po chwili wróciła z drugą panią i zaczęły do niego szczebiotać. Przy okazji Mati zafasował jako bonus atrapę Nokii, a ja przez słodkie "pitu pitu" byłem obsługiwany dwa razy dłużej, niż normalnie.

No do Chuja Wacława! A gdzie miejsce ojca w tym wszystkim?! Przecież to JA począłem to wspaniałe dziecię. I żadna z dziewcząt nie poprosi: "Czy mógłby pan mi pokazać, jak się robi takiego chłopaka?"

MATI NA ZAKUPACH

23:29, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (4) »
wtorek, 09 lipca 2013

W życiu każdej, nawet najmniejszej firmy reklamowej następuje taki moment, że trzeba "pojechać na montaż". Znaczy to mniej więcej tyle, że nada spakować do auta opalarkę, nożyki, linijki i parę innych gówien, plus to, co montujemy: w dużym uproszczeniu jest to zawsze tak zwana reklama.

Montaży staramy się unikać jak ognia. My produkujemy - niech montują inni. Ale gdy nastaje tak zwany sezon ogórkowy, nie brzydzimy się żadnej roboty. Przy czym jadą Wspólnik i Pablo, a ja, jako ten mający dwie lewe do wszelkich manualnych prac innych niż drukowanie lub dłubanie w nosie, zostaję w pracowni.


Montaż 1- wczoraj

Dostaliśmy zamówienie z pewnej knajpy, chlubiącej się tym, że próbuje stawać w kulinarne szranki z KFC. Nie będę się wypowiadał na temat efektów tych działań. Ważne, że od czasu do czasu mamy zlecenie.

Tak też było wczoraj: chłopaki pojechali "kleić witryny" - mieli pierdolnąć na wystawowych szybach wielki napis. Najpierw go zaprojektowali (z góry mówię, że nie miałem z tym nic wspólnego ;)), potem ploter tnący wydziarał go w specjalnej folii, następnie chłopaki spakowali szpeja i wycinanki i pojechali w pizdu.

Natyrali się przy tym klejeniu. "Montaż" ogromniastych liter we dwóch to nie przelewki. W końcu po trzech godzinach gimnastyki skończyli. Spoceni ale zadowoleni stanęli z dala by podziwiać i sfotografować "ad acta" swoje dzieło. Dołączył do nich też tutejszy kucharz. Popatrzył, a potem rzekł:

- Panowie, ale ŚWIEŻE KURCZAKI pisze się przez żet z kropką.


Montaż 2 - dzisiaj

W zasadzie było to już po głównym montażu w Muzeum Armii Krajowej. Chłopaki pojechali coś poprawić na Krakowskiej (tak, wiem, w Krakowie ulica Krakowska to jak masło maślane, ale taka jest).

Wspólnik czekał w zaparkowanym na zakazie samochodzie, Pablo w tym czasie ich wypakowywał, gdy do auta podeszła cud dziewoja. Pochyliła się do otwartego okna kierowcy i wdała w rozmowę.

Paweł myślał, że to znajoma kumpla i gdy ta spytała go, jak ma na imię, bez wahania odpowiedział. Zdziwił się nieco, gdy pani dotknęła jego twarzy i rzekła: - Śliczny ten Paweł... - Po chwili na kolejne zdziwienie nie było czasu, gdy panienka zdecydowanie złapała go za przyrodzenie.

Pablo spierdalał w podskokach, a pani szyderczo wołała (wykazując się z deka skrzywioną znajomością Pisma Świętego):

- Pawle, Pawle! Czemuś mnie opuścił?! - naciągając jednocześnie w dół dekolt i pokazując cycki.

Okazało się, że zatrzymali się w rewirze siakiejś prostytutki (do dzisiaj nie wiedziałem, że na Krakowskiej też stoją, ale może przepędziły ją inwestycje przy ulicy Pawiej).

Pabla najbardziej przeraziły jej brzydkie zęby:

- Ale miała wstrętne kły. I takie brudne. jakby ser jadła - na co rzekłem:

- Zaprawdę, Pawle, powiadam ci. Nie chciał byś kosztować tego sera...

23:20, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 lipca 2013

Zazwyczaj daleki jestem od uwieczniania czyjegoś upodlenia (zwłaszcza że i ja dwadzieścia lat temu zezwierzęciłem się maksymalnie - leżakowałem pod barem na wadowickim Targu, rzygałem - trzymany przez kumpla za włosy - do umywalki w publicznym szalecie i wyznałem w towarzystwie miłość szesnastoletniej koleżance: "Asiu, ciebie mógłbym ruchać nawet na rowerze").

Ale dumający na krakowskim bruku pod chińską knajpą (ja o takiej mogłem pomarzyć,  odpoczywałem na trawniku pod "Barem u Zenka") w zestawieniu z Daniem Dnia i Promocją Lotów po Europie rozjebali mnie i przypomnieli moje młode lata.

Aha. Była druga po południu.

WYGRAJ LOTY PO EUROPIE

23:48, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »
sobota, 06 lipca 2013

...a tak - leżąc na kartonie, opierdalając zwęglone skrzydełka i popijając cienkie piwko z Lidla.

Panie i panowie: Pablo przy pracy :)

PRACA W FIRMIE REKLAMOWEJ

22:29, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 lipca 2013

Ha! Co technologia robi z człowiekiem - znaczy: kozą!

Pewien znajomy właściciel hurtowni, w której się od czasu do czasu zaopatruję, postanowił po pijaku zabawić się w chowanego. Otóż zakitwasił dieńgi. Było tego cztery tysiące złotych, zachomikowane zostały - po spożyciu flaszki na łeb - w rozdarciu materaca. Schował - wytrzeźwiał - zapomniał.

Chodził wkurwiony przez trzy miesiące. Żonie (która sprzedała mi tę opowieść) się nie przyznał. Ze zgryzoty przestał pić, na swoje szczęście, do czasu. Otóż na początku miesiąca czwartego, gdy zabrakło mu paru stówek do płatności i skutkiem tego wyłączono mu kablówkę, postanowił przemóc się i po prostu najebać. W zbożnym tym celu udał się do spiżarki, z dolnej szuflady lodówki wyjął pół litra i skonsumował je pod okiem zrozpaczonej małżonki (że Grzesiu taki od paru miesięcy smutny, pewnie chory, wódki nawet nie pije).

I gdy się najebał, nagle poraził go grom. Przypomniał sobie, gdzie zamelinował pieniądze!

Na tym weselu nie byłem, na nim nie piłem, a znam je tylko z opowieści. Ważne, że wszyscy byli szczęśliwi. Rachunki zostały popłacone, żona zaspokojona a i klienci nie oglądali już smutnej miny pana hurtownika.

Co to ma wspólnego ze mną, spytacie? Otóż ostatnio zepsuł mi się telefon i oddałem go do serwisu. Odebrałem dzisiaj naprawiony, ale wyczyszczony do zera z pakupionego softu, zdjęć i wszystkich numerów telefonów.

Całe szczęście, po kilkunastu godzinach chędożenia szarych komórek, przypomniałem sobie nick, pod jakim logowałem się ponad półtora roku temu, po zakupie telefonu, do usługi pozwalającej odzyskać wszystkie dane w przypadku kradzieży / zgubienia / wymiany / zresetowania telefonu.

A wystarczyło przypomnieć sobie, kim się było, nim się zostało Koziołkiem ;)

PS. Zdążyłem się tym pożalić na pręgu, choć alarmu jeszcze nie odwołałem. Ciekawym, czy pomogą, koledzy...

 

https://groups.google.com/forum/?hl=pl#!topic/pl.pregierz/NigDkUtgS6w

 

01:33, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Dodaj komentarz »



GG:23200496