czwartek, 28 kwietnia 2016

Wazelinuję Krzysztofa, mojego przyjaciela ze studiów, za inwencję twórczą.

Parę lat temu wymyślił sobie specyfik na porost penisa w stanie miłosnego uniesienia - dla tych, co nie mogą. Nazwał go Puchacz Gold i próbował wprowadzić - z pomocą wspólnika - na rynek.


Jako twarz produktu zwerbowali Młodego Wilka - Jarka Jakimowicza - który cienko wtedy przędł i łapał się każdej fuchy.

Tak czy inaczej, Jarek po pewnym czasie wymiękł. Na pytanie, czemu, odpowiedział: - A ty wiesz, Krzychu, co ze mną Pudelek zrobi?

A wracając do pomysłu na nazwę. Gdy ostatnio byliśmy w knajpie, spytałem Krzyśka, skąd mu się to wzięło. No bo co ma wspólnego Puchacz z bzykaniem? Na co on mnie zjebał jak burą sukę, wypomniał studenckie lata rozpusty i pijaństwa i spytał:

- A co. Puchacz nie kojarzy ci się z Ruchacz?!

16:27, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Niedawno miała miejsce taka sytuacja.

Mój znajomy - żonaty koleś koło czterdziestki, mieszkaniec Krakowa, przyjaźni się z kilka wiosen młodszą mężatką spoza grodu Kraka. Jako że jej małżonek nader często bywa w rozjazdach, kolega stał się jej powiernikiem, wsparciem i pocieszycielem - nie wnikając w kolejność i co poszczególne punkty konkretnie znaczą. Tak było i tym razem, gdy ślubny musiał udać się w kolejną delegację.

Koleżanka ostatnio lekko zaniemogła na zdrowiu. Nie wdając się w szczegóły okazało się, że musi odwiedzić ginekologa. Jako że akurat jej stały lekarz był nieobecny, musiała powierzyć swe ciało pani ginekolog z miejscowego szpitala. A ta - reprezentantka powiatowej służby zdrowia, niestety prezentowała tenże - powiatowy - poziom: dziewczyna nie dowiedziała się nic konkretnego, w dodatku to, czego się jednak dowiedziała, stało w sprzeczności z tym, co przez telefon zasugerował jej lekarz.

Zwróciła się więc z prośbą o pomoc do swojego przyjaciela, który pociągnął za sznurki i pomimo zajętych terminów, zorganizował na drugi dzień rano wizytę w porządnej prywatnej przychodni, u konkretnego lekarza, dysponującego przy tym wysokiej klasy aparaturą do badań USG.

Ela (nazwijmy ją tak w zastępstwie i roboczo) jakoś przecierpiała noc. Na drugi dzień z rana zjawił się u niej jej przyjaciel - jak dzielny rycerz w mechanicznym rumaku, u swojej królewny - i zawiózł ją do Krakowa.

Do przychodni weszli razem, nierozłączni byli też w rejestracji. Niestety dziewczyna była obolała i z deczka wystraszona, uczyniła zatem podekscytowanego znajomego swoimi ustami, prawą ręką i palcem do wklepania PIN-u jej karty kredytowej, gdy przyszło do zapłaty za wizytę.

Recepcjonistka z miną starej wyjadaczki najprawdopodobniej "rozpracowała" parkę jako tą, której przytrafiła się wpadka w trakcie miłosnych igraszek: przez cały czas ust jej nie opuszczał ironiczny uśmieszek. Szczególnie wtedy, gdy spytała:

- Czy upoważnia pani kolegę do wglądu w pani kartotekę?

Po rejestracji znajomek wraz ze swoją rozemocjonowaną towarzyszką udali się pod drzwi gabinetu. Usiedli i między sobą rozkminiali całą sytuację. W pewnym momencie dziewczyna, która już chyba miała przesyt emocji, powiedziała głośnym szeptem, który rozniósł się po pełnej pań poczekalni:

- Jak spytałeś o USG, to ona już na sto procent sobie poukładała, że jestem twoją kochanką!

23:09, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 kwietnia 2016

W ramach przygotowań do poniedziałkowego zabiegu musiałem wykonać kilka badań. Wśród nich było badanie krwi - robiłem je pierwszy raz od trzech lat. Oddałem zatem krew i następnego dnia zalogowałem się z numerem badania do serwisu www laboratorium analitycznego, by ściągnąć wyniki.

Jakież było moje zdumienie, gdy dla pięciu parametrów ujrzałem pogrubienia i czerwone wykrzykniki - normy zostały przekroczone. Zagłębiłem się bardziej w rozkminki, by zorientować się, o co kaman i zdrętwiałem - przekroczenia były kilkukrotne.

Szybko odpaliłem wujka gugla, by wyjaśnić znaczenie skrótów i otrzymanych wartości. Zbladłem jak ściana, oblał mnie zimny pot, a nogi zrobiły się jak z waty: wniosek był jeden - nowotwór lub białaczka.

Chłopaki od razu zobaczyli, że coś ze mną jest nie tak. Na pytanie, o co chodzi, odpowiedziałem, że mam cholernie złe wyniki i wskazują one na jakąś grubą chorobę. Po czym spieprzyłem do kibla i nie wychodziłem z niego dobre pół godziny.

Po wyjściu zasiadłem ponownie do kompa, by bardziej zagłębić się w temat. No i nie chciało być lepiej - przy odrobinie szczęścia miałem szansę na ciężką anemię, ale tylko tyle.

Autentycznie przerażony napisałem do przyjaciółki, która z racji, że sama dużo przeszła, lepsza jest niż niejeden psycholog. No i okazało się, że dobrze zrobiłem, bo przedstawiła kilka argumentów, które stłumiły mój lęk i pozwoliły nieco ochłonąć. Dzięki temu znacznie spokojniejszy mogłem pójść do mojego lekarza.

U lekarza wyszło szydło z wora: okazało się, że czytając tabelki, popierdoliłem sobie kolumny. Analizowałem "widełki" - wartość minimalną i maksymalną, interpretując pierwszą jaką tą właściwą, a drugą jako mój wynik. I stąd wyszło mi na przykład 500% normy dla takich Eozynofilów... W rzeczywistości zaznaczone na czerwono parametry minimalnie wychodziły poza zakres i wg mojego lekarza nie ma to najmniejszego znaczenia.

No i wyszedłem kurna na hipochondryka. A co się strachu najadłem, to moje. Już po wszystkim akcję podsumował Pablo:

- No, Sebek. Po twoim wyjściu z kibla wiedziałem, że znowu kilo mniej!

16:40, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 kwietnia 2016

Przed chwilą.

Kąpiel dzieciaków. Żona woła mnie do łazienki, bo młody ma pytanie. Mati, stojąc w wannie ciągnie się za ptaszka i mówi:

- Tatuś Sebuś. A czemu nie mogę odczepić swojego siusiaka? - konsternacja, chwila zastanowienia i odpowiedziałem:
- Mateuszku. Bo jakbyś tak odczepił, położył siusiaka na półeczce, a potem zapomniał której, to jakbyś później siusiał, gdyby ci się zachciało? - odpowiedź chyba usatysfakcjonowała, bo więcej pytań nie było.

***

Właśnie odebrałem Matiego z przedszkola. Jedziemy do babci po młodą, ale najpierw do Rossmanna po małe zakupy. Nagle młody:

- Tatuś Sebuś. Czy myślisz o tym samym, o czym ja teraz myślę?
- Synku, a o czym teraz myślisz?
- O lodach.
- Matuś. Tatuś cały czas myśli o lodach!

19:36, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 kwietnia 2016

Jakiś czas temu zanabyłem nową zabawkę: przyzwoity skaner - może nie do końca w celach rozrywkowych, bo jest mi potrzebny w pracy, ale dzięki temu w głowie mej zaświtał zamysł, by zdigitalizować całe moje archiwum zdjęć.

Dzisiaj, skanując fotki z klasowej wycieczki sprzed dwudziestu czterech - prawie - lat, przypomniały mi się dwie historie.

Naszą wychowawczynią w technikum była pani Maria H. Osoba miła, ale jednocześnie ciężka w pożyciu dla kilkunastoletnich uczniów - swawolników. Starała się trzymać nas ostro za mordy, co ja osobiście doceniłem dopiero pod koniec szkoły średniej, gdy zrozumiałem, że wszystko to było dla naszego dobra i chyba się nie zmarnowało: z trzydziestu dwóch osób do matury nie podszedł tylko jeden gość, wszyscy zdali i siakoś ułożyli sobie życie. Wprawdzie dwóch z naszej klasy nie ma już wśród żywych, ale o to akurat nie obwiniał bym tej pani, tylko czynniki, jak się to mówi, zdrowotne.

Historia łan.

Będąc w klasie o profilu elektrycznym, mieliśmy zajęcia w laboratorium, czy jak się to nazywało. Łączyliśmy obwody, robiliśmy pomiary, a później z tego wszystkiego pisaliśmy sprawozdania.

Pewnego dnia uwagę naszą przykuł widok za oknem: umęczony, chudy gość ciągnął na smyczy wielkiego psa. Było tak do momentu, gdy pies zebrał się w sobie, szarpnął smyczą i wywrócił swojego pana prosto w kałużę.

Brechtnęliśmy, a nasz kolega, Krzysiu Żet, zwany Żołądem (z racji ogromnych porcji jedzenia, które podobno pochłaniał w internacie), zapomniał się i beztrosko zawołał:

- Patrzcie, jak ten pies go wkurwia! - i zmartwiał. My też. Jedynie nasz profesor zachował zimną krew i powiedział:
- Krzysiu. Mam propozycję. Za to, co teraz powiedziałeś, zgłosisz się do swojej wychowawczyni i poprosisz ją, żeby obniżyła ci ocenę ze sprawowania o jeden stopień. Dobrze?
- Dobrze, panie profesorze - przytaknął Żołąd, po czym obrócił się w naszą stronę i wyszeptał:
- Kurwa, a z czego mi obniży, jak już mam mieć naganne?


Historia tu.

Rok później pojechaliśmy na wycieczkę w Pieniny. Nocowaliśmy na kwaterach w pseudogóralskim domu w Krościenku. Zamysł naszej wychowawczyni, która znała nas jak zły szeląg sprawił, że wraz z Żołądem i trzema innymi kolegami przypadł mi pokój sąsiadujący przez ścianę z pokojem opiekunek, czyli pani H. i świetliczanki z naszej szkoły. Żeby nie robić przypału - zwłaszcza, że byłem pod lupą Pani Profesor - postanowiłem nie podpaść. Nie piłem i byłem grzeczny. Inaczej, niż nasz kolega Żołąd, który do spółki z drugim kolegą zabrali w góry pięciolitrową beczułkę piwa.

Że krzysiu miał słaby łeb, musiało coś z tego wyjść. Najpierw, po spożyciu swojej porcji piwka, odlał się klęcząc i chwiejąc przez okno (a było to trzecie piętro), a potem otworzył drzwi szafy ściennej i zaśpiewał kołysankę:

Ach śpij, kochanie
Może dobre czeka cię jebanie
Niech ci kurwy przyśnią się
Niech ci penis spuści się
Kto ma dupczyć, jak nie ty!

Po czym poszedł spać.

Na drugi dzień rano mieliśmy odprawę przed wyjściem w góry. Nasza pani profesor zasugerowała, byśmy poszli na Trzy Korony, a po drodze zahaczyli o Bryjarkę. Ponieważ jako leniuszek byłem przeciwnikiem jakiegokolwiek łażenia po górach ponad niezbędne minimum, z rozpaczą w głosie zawołałem:

- Nie idę na żadną bryniarkę! (i tak w naszej klasie "bryniarka" stała się synonimem pijaństwa)

Gdy już wszystko było ustalone i rozdysponowane, tałatajstwo rozchodziło się, by przygotować do wymarszu, nasza wychowawczyni powiedziała:

- Krzysiu. Jeszcze jedno. Zapisz mi tekst tej kołysanki, którą śpiewałeś wczoraj wieczorem. Żebym nie zapomniała.

Okazało się, że szafa, do której wnętrza śpiewał Żołąd, była przedzielona słomianką z identyczną szafą w pokoju naszych opiekunek...

 

A na deser zdjęcie. Koziołek na samym dole, w bandanie z prześcieradła. A Żołąd też tu jest. Ale nie pokażę, który ;)



23:09, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 kwietnia 2016

...ale wielki krok dla ludzkości! - powiedział dzisiaj wieczorem Koziołek, gdy po raz pierwszy udało mu się ululać dwójkę swoich dzieci w jednym pokoju, a następnie go opuścić bez obudzenia latorośli :)

22:50, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Dodaj komentarz »



GG:23200496