środa, 30 marca 2016

Stało się. Zdecydowałem się na zabieg laserowej plastyki podniebienia miękkiego. Znaczy, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, nie będzie akcji typu tej, jaka przytrafiła mi się dawno, dawno temu, na południowych brzegach Morza Bałtyckiego.

Gdy dobrych dwadzieścia lat nazad pojechałem z kolegami do Łeby, coby zażyć uciech w postaci wolności, alkoholu i przychylnych chłopcom dziewoj, zdarzyło się, że zmęczony tańcem, przed północą zaległem w namiocie. Kumple jeszcze nie spali. Siedzieli sobie grzecznie na rozłożonych obok namiotu karimatach i rozmawiali o życiu. Byli dzięki temu świadkami dwóch rzeczy: po pierwsze - zacząłem chrapać i robiłem to z donośnością spalinowej piły łańcuchowej. Po drugie - po pół godzinie koncertu, z namiotu oddalonego od naszego o dobrych dwadzieścia metrów, wypełzł odziany tylko w slipki koleś i rozpaczliwie zawołał:

- Kurwa! Kto tu tak chrapie?!!!

Chrapanie to nie "to nie pluszowy miś ani kwiaty" - parafrazując piosenkę Happysad. "To też nie diabeł rogaty" - więc można z tym gównem walczyć. Dał mi przykład Pablo, kiedy parę miesięcy temu udał się na identyczny zabieg. Od tego momentu - nie licząc dwóch tygodni katorgi w postaci bóli pooperacyjnych - nie żałuje całej akcji. W sześć godzin doskonale się wysypia, a do tego nie musi wysłuchiwać utyskiwań wkurwionej małżonki, syna i sąsiadów.

Postanowiłem zatem pójść w jego ślady i dzisiaj stawiłem się na badaniu w krakowskim Szpitalu Bonifratrów. Zakwalifikowali mnie i jedenastego kwietnia, odziany w kusą piżamkę, zalegnę na sali operacyjnej, gdzie pod narkozą zrobią mi z gardła jesień średniowiecza.

Każda narkoza niesie ze sobą ryzyko, że już człek nie wstanie. Dlatego zawczasu, gdyby się okazało, że powinęła mi się noga, chuj bombki strzelił i się nie wybudziłem, zapraszam was na mój pogrzeb. Zatem jeśli w ten pamiętny poniedziałek po południu, na fejsie nie odezwę się ja, to jakiś czas później zrobi to Pablo, zapodając na moim fejsbukowym łolu info o tym gdzie i kiedy przykryje mnie pierzynka z krakowskiej gleby.

Aha. I jeśli ktoś będzie miał wtedy ochotę odwiedzić mnie w mojej ostatniej drodze, mam sugestię odnośnie kwiatków: otóż ostatnio lubię "czarne" róże. A robi się je tak: trzeba kupić bardzo świeże, ścięte tego ranka białe różyczki. Końcówki łodyg rozcinamy wzdłuż na cztery, pięciocentymetrowej długości, części. Następnie wstawiamy je do wazonu / słoika / wiaderka, do którego wlaliśmy dwie do trzech buteleczek chińskiego, czarnego atramentu Hero i wodę. Po trzech dniach atrament naciągnie kwiaty i będę mógł cieszyć się biało - szaro - czarnymi różami, złożonymi na moim grobie.

Ale to oczywiście ekstremum. No bo kto będzie was zabawiał durnymi wpisami na blogu, jeśli zabraknie Koziołka? ;)

22:36, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 marca 2016

Kiedy studiowałem na drugim roku studiów, na Jedynym w Polsce i Jednym z Nielicznych Tego Typu Wydziałów w Europie, pewnego pięknego dnia nastąpił desant spadochroniarzy***. Czerwone te berety, w liczbie kilkunastu, pojawiły się na naszym roku na większości zajęć. Był wśród nich i Plastik.

Koleś ten niczym się nie wyróżniał. Z deczka przybity, żył swoim życiem miernego studenta wydziału. Takiego, który mocno musi poskrobać się po dupie, by pod tablicą jako tako zaistnieć. Dotrwał z nami do końca - znaczy, do obrony prac magisterskich.

Nie powiem, wymęczył wszystko jak trzeba. Pozaliczał w trzecich terminach, po drodze zahaczył o jakiś warunek, pracę obronił w ciągu roku - zgodnie z regulaminem studiów. I zniknął. Okazało się jednak, że Plastik miał mocne plecy, w osobie Dyrektora jednego z oddziałów polskiej Nafty. I ten oto jegomość sprzedał mu mocnego kopa w dupę, kierując w stronę Kariery.

Skończyło się tym, że po paru latach spotkałem chłopaka w Wawie, na peronie Dworca Centralnego. W szykownym płaszczu, z aktóweczką w łapie. I kiedy zagadałem jak do kolegi, z którym jeszcze niedawno wymieniałem ściągi i łoiłem browary w akademiku, doczekałem się odpowiedzi - ni z gruchy, ni z pietruchy. Szanowny przyjaciel bowiem spojrzał na mnie i spytał:

- A gdzie ty bierzesz zajęcia z dykcji? Bo wysławiasz się tak nienagannie - przyznam, że cycki mnie wzięli i opadli z wrażenia.

Jaki z tego morał? Następujący: i ty możesz zostać Członkiem Zarządu ;)


***Spadochroniarz. Student wyższego roku, powtarzający niektóre przedmioty, lub cały semestr, rok.

 

23:19, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »

Krzysiek, mój kumpel, dziesięć lat temu sprzedał swój ostatni motocykl. Nie wiem, co to było, w każdym razie jakiś "ścigacz". Zrobił to po śmierci paru kolegów (wszyscy zaliczyli dzwona na motocyklu) i po wypadku, którego skutki jego plecy odczuwają do dziś: co parę miesięcy zjawia się u niego w domu Pan Tomek Fizjoterapeuta i aplikuje mu serię masaży pleców. Po serii trzech takich zabiegów Krzysiu ma na jakiś czas spokój.

Punktem zwrotnym w jego karierze motocyklisty była wycieczka za Myślenice. Jechał jako pierwszy, za nim na drugiej maszynie popierdalał kolega. Oczywiście dali ostro czadu. Wszystko szło fajnie do któregoś z rzędu zakrętu, gdy Krzyś znów ostro się złożył - niestety zbyt późno się skapnął, że asfalt był podsypany żwirkiem z pobocza.

Mówi się, że mózg wycina traumatyczne wspomnienia. Tak też było tym razem: następną rzeczą, jaką kumpel pamięta, było przebudzenie się w szpitalnym łóżku, w bandażach, gipsie i z podpiętą kroplówką. To, czego nie pamięta, a opowiedział mu towarzysz podróży, było wybicie w przestworza i lot kilka metrów nad ziemią po wysadzeniu z motocykla.

A gdy tak sobie jakiś czas "odpoczywał", dowiedział się, że wśród personelu medycznego ma ksywę "Pavulon". Genezę przezwiska poznał bezpośrednio u źródła, to znaczy gdy pewnego dnia odwiedziła go załoga karetki, zeskrobująca go feralnego dnia z gleby: otóż gdy już go zapakowano nieprzytomnego do ambulansu, ten ruszył z kopyta do najbliższego szpitala, a ratownicy zaczęli koleżkę przywracać do żywych, kumpel ocknął się na chwilę, przewrócił oczami i wyszeptał:

- Panowie. Tylko nie Pavulon...

21:29, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 14 marca 2016

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze mieszkałem w "norze" na Kościuszki (mieszkanie na parterze kamienicy, przerobione z jakiegoś magazynu; nawet w upalny, letni dzień ciemno było tam jak w dupie - za sprawą grubych na prawie metr murów i jedynego, wąskiego okienka), kolega Wojtek zakładał jedną z pierwszych w Polsce firm, zajmujących się budową serwisów internetowych i hostingiem.

Całkiem dobrze mu to szło. Po pewnym czasie, gdy chudy kotek stał się sytym kocurem, przyszedł czas na zmianę siedziby - z ciasnego lokalu w okolicach Ronda Mogilskiego, na biuro z prawdziwego zdarzenia, wraz z przyległą serwerownią, w wypasionym biurowcu.

Tak się składa, że walczyli wtedy o kontrakt w pewnej dużej firmie farmaceutycznej - polski oddział jednej z tych największych (druga połowa lat dziewięćdziesiątych to była, kontrakt praktycznie był klepnięty, a umowa miała ich wynieść na finansowe wyżyny) i zawitać miał do nich Dyrektor Marketingu tejże. Umówieni byli w przyszłym tygodniu, po przeprowadzce na nowe śmieci.

Traf sprawił, że dyrmar wracał z jakiegoś służbowego wyjazdu i przejeżdżał przez Kraków. Postanowił zatem zrobić chłopakom niespodziewankę i odwiedził ich pod starym adresem. Jako że przeprowadzka miała się ku końcowi, zostało przeniesione wszystko za wyjątkiem stojących w odrapanym i brudnym pokoju serwerów, trafił na taki obrazek: dwóch skacowanych, zarośniętych gości (Wojtek i jego pracownik), siedzących na składanych krzesełkach, grających w warcaby i topiących pety w musztardówce z wodą. Melina normalnie.

- Dzień dobry. Jestem dyrektor X. Czy to biura firmy I.? Zastałem prezesa Sz.? - Wojtek niezgrabnie podniósł się z fotelika, wyciągnął łapsko i rzekł:
- Wojciech Sz. Miło mi. Proszę nam wybaczyć, ale właśnie się przeprowadzamy...
- To jak się już panowie przeprowadzicie, skontaktuję się z wami - powiedział pan dyrektor i wyszedł. I chuj bombki strzelił, bo już nie wrócił.

Wojtuś do dzisiaj z niesmakiem wspomina całą akcję, mówiąc: "A mogłem być drugim Filipiakiem..."

 

22:07, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 marca 2016

„Jak powstają twoje teksty?” – gdy mnie ktoś tak spyta,
Zakurwię z laczka i poprawię z kopyta."

Kazik Staszewski


Często ostatnio słyszę pytania, po co się odchudzam. Na przykład Sąsiad Adam na ostatniej imprezie kuksnął pod żebro moją żonę i konfidencjonalnie szepnął: "Nie pytaj, czemu, tylko dla kogo" ;)

Zawsze odpowiadam krótko: "Do trzech razy sztuka - w końcu trzeba się zmotywować". I tak też jest ze mną.

Dlatego też dzisiaj opowiem, co zmotywowało mojego kolegę z klasy w technikum - nazwijmy go Umberto.

Umberto zawsze słynął z tuszy. Od samego początku, gdy tylko poznaliśmy się w 1989 roku, był takim klasowym grubaskiem: Cherubinkiem z kręconymi włoskami i dużej nadwadze. W wieku osiemnastu lat - trzecia klasa - ważył sto osiem kilogramów, przy wzroście cirkaabałt 175.

Co ciekawe. Z tego tytułu nie spotykały go żadne szykany ze strony kolegów. Zero szydery czy czegokolwiek. Szczerze mówiąc, przejebane miał dopiero na wuefie ze strony naszych "profesorów", dwóch młodych byczków świeżo po AWueFie: do dzisiaj pamiętam jedną z pierwszych lekcji na sali gimnastycznej, gdy robili nam testy sprawnościowe. Był tam między innymi rzut piłką lekarską. Gdy nieszczęsny nasz kolega złapał za skórzaną kulę, rozkraczył się i wziął zamach, rozległ się okrzyk naszego El Profesoro:

- Dajesz XXXXX! Masa razy gwałt!!!

Po technikum Umberto poszedł na Akademię Ekonomiczną. Skończył pierwszy rok i po pewnej czerwcowej imprezie w akademiku (w której, nie chwaląc się, też wziąłem udział) zrezygnował z AE i wstąpił do seminarium. Na księdza znaczy. Wtedy też straciłem z nim kontakt.

Spotkałem go przypadkowo trzy lata później, na Floriańskiej w Krakowie, totalnie odmienionego. Trafiłem szczupłego gościa w czarnej marynarce - typowym mundurku studenta seminarium.

- Kurwa, Umberto. Co się stało? W seminarium tak męczą? Jak ty, do Chuja Wacława, schudłeś? - spytałem zszokowany. Na co kolega:
- To nie seminarium... - i sprzedał mi mrożącą krew w żyłach historię.

Dwa lata wcześniej z grupką kolegów - alumnów wybrał się mój koleżka na kurwy. Jako że był prawiczkiem, grubym, a do tego przyszłym księdzem, było mu trochę łyso, ale się przemógł. Kiedy jego stopy przekroczyły próg przybytku rozpusty (poszli do agencji towarzyskiej), burdelmama oddelegowała do obsługi trudnego przypadku pewną sprytną dziewczynę, która miała (bo koledzy powiedzieli, że to jest ten, co jeszcze nigdy...) wszystkiego go nauczyć.

I tak też zrobiła. Wprowadziła go w arkana miłości tak, że był bardzo zadowolony. Ale już po wszystkim, kiedy przywdziewał majtki na swe owłosione dupsko, spojrzała na niego i spytała:

- A ile ty w ogóle ważysz, Książę?

22:30, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (1) »

Młody trochę mi podniósł ciśnienie, ale po chwili rozładował emocje - jak zwykle gadką.

Umyłem łazienkę, ze szczególnym naciskiem na muszlę klozetową i jej okolice. Powiedziałbym, że z kibla nożna było jeść. Do czasu, gdy na sikanie wparował młody. Usłyszałem tylko, jak strumień rozpryskuje się na górnej krawędzi muszli, po czym wpadłem do łazienki.

- Mateuszku, ile razy ci mówiłem, że sikamy do środka, nie w górę? Ostatnio gasiłeś pożar. Co zrobiłeś tym razem?!
- Tatuś Sebuś, ale ja nic nie zrobiłem.
- Mateuszku, a kto obsikał całą muszlę i podłogę?
- Tatuś. To nie ja. To siusiak!


17:51, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 marca 2016

Ponieważ nie da się ot tak - pstryknąć palcami i coś urodzić - zwłaszcza gdy chce się z niedoboru twórczej mocy zamykać bloga, pozbierałem dzisiaj fejsbukowe notki z ostatnich paru miesięcy na temat  moich dzieci.


Mati z Julą pierwszy raz w życiu oglądają "Gwiezdne Wojny - Powrót Jedi".
W pewnym momencie Młoda wystraszyła się Jabby. Na co Młody:
- Pan Jabba nie jest grzeczny, wiesz tatuś? Chyba mu za karę nie kupisz jajka niespodzianki!

***

"Imperium Kontratakuje" zaliczone. Obejrzane od początku do końca przez Matiego, ale i Julę, która najgłośniej pohukiwała, widząc roboty i statki Imperium.
Wieczorna bajka. Tym razem młody zażyczył sobie o "strzelaniu pif - paf". Przy czym przed "bajką" musiałem odpowiedzieć na pytanie:
- Tatuś Sebuś, czemu czarny pan miał czerwony kijek, a brązowy pan niebieski?

***

Jedziemy autem. Odpytuję młodego z marek samochodów. Przed nami Toyota Avensis.
- Mateuszku, jakie autko przed nami? - Młody, niepewnie:
- Totoja?
- Bardzo ładnie, ale powiedz Toyota. TO - YO - TA!
- Tatuś Sebuś. Ale ja mówię Totoja, bo nie umiem jeszcze mówić Totoja!

***

Dzisiaj rano.
Z dzieciakami i żoną podjechaliśmy pod przedszkole. Mati miał focha i nie chciał wysiąść z samochodu, więc mama wzięła się na sposób i mówi:
- Mateuszku, tatuś ma białe autko i wujek Mateusz [właściciel przedszkola] też ma białe autko. Chodź, zobaczymy, czy to taki sam kolor - Mati wysiadł, podszedł do wujkowego Hyundaia i mówi:
- Mamuś, nie taki sam. Wujek ma czysty!

***

Ciocia Ela kupiła Julce w IKEI nową pościel. Oczywiście żona wszystko dzieciom wytłumaczyła, dostosowując przekaz do umysłów dwu i trzyipółlatka. Okazało się, że się przyjęło.
Mati z Julką leżeli pod nową, julciną kołderką. Młody przysunął się bliżej, zagarniając więcej okrycia dla siebie. Młoda się wkurzyła i zakwiliła: - Ciocia Ela, Ciocia Ela - pokazując na kołderkę i na siebie, na co Mati:
- Julcia. Ja wiem, że Ciocia Ela ci kupiła kołderkę. Ona kupiła, bo cię kocha. Widzisz, mnie Ciocia Ela też kocha i kupiła mi niebieskie auto iłuiłu [policyjne] i czerwone auto iłuiłu [strażackie]. Jak będziesz dorosła - jak ja - też ci kupi auta iłuiłu!

***

Mój Mati chyba powoli szykuje się do przejęcia ode mnie bloga - przed chwilą znów dołożył do pieca.
Zmieniałem młodej pieluchę, wywołując tym samym zainteresowanie młodego. Podszedł do kanapy, spojrzał na zawartość pampersa i otworzył szeroko oczy. Po czym złapał się za głowę i wybiegł z pokoju, wołając:
- Pomocy, pomocy! Kto mnie uratuje?!!!

***

Przyjechaliśmy od moich rodziców. Mati, jako że kimnął sobie w samochodzie, z deczka wkurzony, nie chciał ubrać pantofli. Siedział tylko, trzymając je na kolanach i coś smęcąc pod noskiem.
Moja żona bardzo niepedagogicznie postanowiła przekupić go jajkiem niespodzianką, o które młody dopominał się od paru dni. Dała mu je. Młody, próbując równocześnie utrzymać pantofle i rozpakować jajko ze sreberka, rzekł:
- Mamusia Agusia, nie mam trzech rączek. Weź coś ode mnie!

***

W wigilijne popołudnie działaliśmy z żoną w kuchni, Julka spała, a Mati w pokoju rozebrał do golasa lalę, "bo zrobiła kupę". Później Aga próbowała ją ubrać. Bez skutku:
- Matuś, nie będziesz już rozbierać lalek!
- Dlaczego, Mamusia Agusia? - tu wtrąciłem się ja:
- Bo jak będziesz dorosły, to będziesz rozbierać inne lalki.
- Inne, niż juleczkowe???

***

Dzisiejsza akcja w przedszkolu.
Przyszedłem po młodego. Był on i dwie rówieśnice. Dzieciarnia doskonale się bawiła - biegała, szalała, tańczyła - a nad wszystkim pieczę trzymała i puszczała im kolędy Ciocia Sabinka.
Mati był tak rozbrykany, że w trakcie zabawy posiusiał majtki. No to poszedłem z nim do szatni, by przebrać chłopaka w świeże gatki.
Jak już siedział na ławeczce, pozbawiony dolnej części przyodziewku, do szatni weszły dziewczyny. Stanęły i patrzą. Młody się zawstydził. Naciągnął na siusiaka koszulkę i zawołał:
- Nie patrzcie się, bo jestem mały golas!

***

Młody zażyczył sobie z wieczora posadzenia na sedesie. Jak chciał - tak zrobiłem. Ponieważ mamy umowę, że jak coś wystruga, woła tatusia, coby wytarł mu tyłek, polazłem do pokoju.
Po mniej więcej trzech minutach doszedł mego ucha monolog syna. Po kolejnych trzech nie wytrzymałem i polazłem do ubikacji, zalukać co się dzieje.
Zastałem Matiego z siusiakiem w łapce, międlącego go i ciągnącego na wszystkie strony i gadającego - z podziałem na role
W pierwszym momencie zamarłem, ale po chwili spytałem:
- Mateuszku, co się stało? Z kim ty rozmawiasz? - na co Młody:
- Oj ty, ty! Tatuś Sebuś, jak ty nic nie widzisz. Przecież rozmawiam z siusiakiem!

***

Po robocie.
Otworzyłem piwo nasze powszednie i nalewam do szklanki. Przyszedł Młody i pyta:
- Tatuś Sebuś. Co to jest?
- Mateuszku. To jest piwko, napój dla dorosłych.
- Ja już jestem tatą [w sensie: dorosły] i umiem to pić!
- Matuś. Ale gdybyś był tatą, miał byś dzidziusia.
- Tatuś. Ja mam już dzidziusia.
- Tak? A kogo?
- Julcię!

***

Przed chwilą.
Pomagam ubrać Matiemu skarpetki. Średnio mi to idzie, bo człowiek zaspany. Na co Młody, wyraźnie zniecierpliwiony moimi poczynaniami:
- Tatuś Sebuś. Skup się troszkę!

***

Młody był dzisiaj bardzo niedobry. Najpierw - po przyjściu z przedszkola zwyzywał babcię - moją teściową - od babajag i innych takich, później od takich samych moją żonę.
Mamusia oczywiście dostała piany. Powiedziała młodemu, że jutro na Sylwestra, zamiast niego weźmie do Cioci Karolinki i Nikodema Julcię.
Młody na to dictum wqrwił się na mamę po swojemu. Siedząc na brzegu wanny i myjąc zęby (jak co wieczór ja byłem opiekunem), rzekł:
- Mamusia Agusia! Nie dam ci ani jajka niespodzianki, ani słodyczy, ani cukierków, ani lizaka... - tu przerwał, niepewnie spojrzał na mnie i spytał: Tatuś Sebuś. Czego jeszcze nie dam mamusi?

00:42, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »
niedziela, 06 marca 2016

I znów się pochwalę.

Od trzech dni trzymam z rańca dziewięćdziesiąt sześć kilosów - to cztery kilo mniej, niż się ostatnio chwaliłem. Jako dowód zapodaję fotkie :)

...a jak już się oswoiłem z tym moim szczęściem, przyszło mi do głowy: a może by się tak obnażyć? ;) Postanowiłem więc pstryknąć sobie słit focię i zarzucić ją na fejsa - i tutaj.

Zatem tak wczoraj wyglądał Koziołek :)

22:16, koziolek_matolek_1234 , się chwalę
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 marca 2016

Moi Kochani Czytelnicy. W tym roku mija siedem lat, odkąd prowadzę koziołkowego bloga. Tak się składa, że odczułem właśnie  twórczą niemoc - poważnie zastanawiam się nad jego zamknięciem - po prostu coś się chyba we mnie wypaliło i wenę szlag trafił.

Decyzja nie jest jeszcze ostateczna, może spleen minie, a ja znów wypłynę na ocean pomysłów? Mam przynajmniej taką nadzieję.

W każdym razie dzisiaj wrzucam notkę, której szkic leżał na dysku mojego komputera od paru miesięcy. A później? Cóż, czas pokaże...

 

Mój dobry kolega pracował swego czasu w dziale handlowym producenta gumek na miłość. Tak się złożyło, że na wszelkiego rodzaju imprezach i wyjazdach firmowych wątroby nie oszczędzał - nie ma nic przed napiciem się dobrego alkoholu.

Któregoś grudniowego dnia firma zorganizowała "Wigilię" w Willi Decjusza - cały zarząd i biuro brały udział w tym "A, Ę" spotkaniu. Z racji tego, że był obecny również Prezes, było trochę drętwo. Także alko - w postaci wina - było wydzielane przez kelnerów bardzo oszczędnie i tak też popijać zmuszony był kolega.

W pewnym momencie wstał jeden z członków zarządu, zastukał w kieliszek i wygłosił spicz:

- Proszę państwa! Prosiłbym, aby ci z państwa, którzy nie piją wina, przy następnej kolejce pozwolili kelnerom napełnić swe kieliszki! - i tak się też stało. Po następnym rozlaniu na stole nie było pustego naczynia i w każdym mieniło się winko. Wtedy też pan wstał ponownie, zastukał w swój kielich i powiedział:

- A teraz państwo niepijący - proszę wszystkie kieliszki przekazać w ręce pana Sławka!

Kolega poczuł się zaszczycony...

20:53, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (2) »



GG:23200496