wtorek, 29 grudnia 2015

Było to w czasach, gdy Romek Polański nie znał jeszcze mojego brata, a ja dopiero co zgoliłem długie włosy - czyli dawno.

Pewnego upalnego dnia w lipcu 1995 roku, ojciec mój wziął mnie na budowę domu pod Wadowicami i tak mi rzekł:

- Synu mój. Jeżeli nie weźmiesz szpadla w swoje lewe ręce i nie wykopiesz tu dołu pod osadnik, do dupy pojedziesz, a nie do Łeby - po czym za dobrze zrobioną, ukończoną robotę obiecał mi pięćset złotych, za które to pieniądze miałem spędzić dwa rozpustne i upojne tygodnie nad polskim morzem.

I słowo ciałem się stało.

Następnego dnia, skoro świt, odpaliłem zieloną skodę favorit rodziców i pognałem na oddaloną o dwa kilosy budowę. Przebrałem się w ferszalung, założyłem rękawice i w swe czcigodne, niespracowane dłonie ująłem sztyl od szpadla. Zamachnąłem się i wbiłem!

Niestety gówno mi to dało, bo ziemia pod Wadowicami gliniasta jest. Powiem więcej - w tym miejscu była to wysuszona na kamień, żółtobrązowa skorupa, którą ostrze szpadla naruszyło może na dwa centymetry wgłąb. Spróbowałem jeszcze raz - to samo. Jeszcze, i jeszcze, i jeszcze raz - bez rezultatu. Stanąłem zatem zdruzgotany, jedną ręką otarłem pot z czoła, drugą podrapałem się w kroku i zadumałem. Co tu można zrobić?

Objawienie przyszło znienacka - jak rozpękająca się piłeczka na głowie Pomysłowego Dobromira: wbiję z rozmachem szpadel ile wejdzie, potem stanę na nim i kołysząc się z boku na bok, zagłębię w glinę. Następnie plasterek po plasterku wybiorę dół, który miał mieć wymiary dwa na dwa na dwa metry - osiem metrów sześciennych gliny o konsystencji gumowej podeszwy. Jak wymyśliłem, tak też zrobiłem.

Okazało się, że zabanglało. Wprawdzie nie była to błyskawica - ważyłem wtedy tylko siedemdziesiąt pięć kilo i parszywa ta waga (nie to, co teraz), pozwalała odkrawać plastry gliny co najwyżej trzycentymetrowe. Ale ważne, że szło.

Po dwóch godzinach moje wkurwienie sięgnęło zenitu. Niestworzony do pracy fizycznej student prawie już drugiego roku dostał odcisków na łapach i prawej stopie, a do tego grzało słońce i pot obficie ściekał mi po twarzy. Patrząc na mizerne efekty mojej roboty, rzekłem: dość! Wsiadłem do auta, odpaliłem silnik i pognałem na plac targowy, coby dokonać zakupu towaru pierwszej potrzeby w moich okolicznościach przyrody: kasety Alboom - płyty, którą Liroy latem 1995 roku wypłynął na szerokie wody polskiego szołbiznesu. Bluzgi i przekleństwa, plus "ostra" muzyka, miały pomóc przetrwać mi najbliższe dni.

I tak się też stało. Odtwarzacz włączony w tryb "autorevers", od rana do późnego popołudnia pomagał mi w walce z gumiastą gliną. Było tak do momentu, gdy skończyłem, a z dołu dało się wyleźć wyłącznie po drabinie.

Trwało to dwa tygodnie. Gdy skończyłem, był upalny początek sierpnia.

Zaprosiłem wtedy mojego starego do samochodu, zawiozłem go na budowę i rzekłem, wskazując ręką w kierunku głębokiej dziury w ziemi:

- Skończone, ojciec - na co on pokiwał głową, wyjął portfel z kieszeni, z niego pięć stówek, a wręczając mi je powiedział:
- Jedź do Łeby, synu. Tylko nie złap syfa.

I pojechałem. Na dwa wspaniałe, upalne tygodnie. Tu na chwilę zamilknę, bo bloga czytuje moja żona, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...

Traf sprawił, że pod koniec moich nadmorskich wakacji rozpadało się niemiłosiernie. Wracałem przemoczony, z mokrym plecakiem na ramieniu, w przemoczonych butach. Do mokrych Wadowic. Mój stary, który miał wykop w ciągu tych dwóch tygodni zaszalować, następnie zabetonować, tego nie zrobił.

Deszcze rozmiękczyły glinę, trzy ściany z czterech obsunęły się do dołu, tworząc wielki lej. Oczywiście ojciec, człowiek o ciężkim charakterze, całą winę zwalił na mnie. I za karę przez następne dwa tygodnie, stojąc po kostki w rozmiękłej glinie, na przemian wylewałem z dołu wiadrem wodę, wybierałem glinę, szalowałem i betonowałem.

Krótko mówiąc: znowu wyszedłem na chuja...

02:15, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 grudnia 2015

Jak to bywa przed Świętami, siedzielibyśmy we trzech w pracowni, patrzylibyśmy się na siebie i rozprawiali o dupie Maryny. Gdyby nie jedno spore zlecenie, które akurat nam wpadło i które to musimy wydrukować do końca roku. Dlatego też dwóch dobrze ubranych Cyganów, którzy młodym popołudniem stanęli w drzwiach, było nam potrzebnych jak wrzód na dupie.

- Dzień dobry. Szefuńciu, mamy problem! - zagaił niższy.
- Dzień dobry - odpowiedziałem, rejestrując jak Adam w pośpiechu chowa nasze portfele i komórki.
- Szefuńciu, pożyczyłem auto od kolegi, ale zgubiłem tablicę rejestracyjną. Nie mogę mu takiego oddać. Dacie radę dorobić? - spytał niski, pokazując za siebie na wypasioną furę na łódzkiej rejestracji, którą stanowił kawałek kartonu z wypisanym markerem ciągiem liter i cyfr.
- Panowie, nie na dzisiaj. Maszyny chodzą cały czas. Może być na jutro rano.
- Na jutro... Szefuńciu, a ile to będzie kosztować? - podałem cenę 60 złotych, moim skromnym zdaniem wysoką, jak za wąski pasek plastiku z naklejką. - No dobrze, niech będzie na jutro - zgodził się klient, po czym usiadłem do komputera i zabrałem się za zrobienie projektu. Czytaj: wklepanie numeru w gotowy szablon.

Nagle zobaczyłem skradającego się do mnie wyższego z Cyganów. Wsuwając po kryjomu (Adaś udał, że nie widzi) stówkę pod kartkę papieru, leżącą na biurku, wyszeptał konfidencjonalnie:

- A damy radę na dzisiaj?
- OK, będzie na czwartą - poddałem się, równocześnie kalkulując, czy para Romów może być ekipą tajniaków, biorących udział w akcji przeciwko producentom "lewych" tablic - ale pokażcie panowie dowód rejestracyjny - wolałem się upewnić, czy aby numery nie są lipne.

Jakiś czas później.

Pablo kończył docinać tabliczkę, gdy ponownie pojawiła się u nas dwójka śniadych dżentelmenów. Wyraźnie uszczęśliwieni przyglądali się owocom pracy pawłowych rąk.

- Szefuńciu. A zamocuje nam pan?
- Zamocuję - odparł Pablo, ubrał kurtkę i poszedł majstrować przy przedniej ramce. Panowie stali obok siebie, obserwując postęp prac. Niższy, z przygotowanym w ręce napiwkiem dla Pawła, klepnął ukontentowany wyższego kolegę w ramię i powiedział:

- Zobacz Sajmon, wygląda jak prawdziwa. Roman mnie nie zabije. Jednak my, Polacy, umiemy kombinować!

22:42, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 grudnia 2015

Byłem dzisiaj - jak co tydzień - z Julcią na basenie. Moja dwulatka bardzo lubi wodę. Ciapie, nurkuje, a spod prysznica przed wejściem na basen nie jestem w stanie jej wyciągnąć, stoi wyprostowana i z radością zażywa kąpieli, mimo że woda silnym strumieniem leje się jej na główkę.

Ale o co kaman. Dzisiaj w naszej grupie był trochę starszy od niej chłopczyk. Z tatą, tak więc przebieraliśmy siebie i młodziaków w jednej szatni.

Kiedy już rozebraliśmy dzieci z kąpielowych pieluszek i wytarliśmy, przez chwilę leżały obok siebie na przewijakach, na golasa. Nagle młody zainteresował się piśką mojej córki, pokazał na nią palcem i spytał:

- Co to? Co to?!
- Jak to, "co to" synku? - spytał zdziwiony ojciec.
- Tatusiu, gdzie ona ma siusiaka? - rodzica zamurowało, więc pośpieszyłem z odsieczą i postanowiłem wyjaśnić co nieco smykowi:
- Bo wiesz, Jasiu, to jest dziewczynka. A dziewczynki - takie małe i większe, nie mają siusiaczków - na co młody, z krzykiem:
- To nieprawda! Moja mama ma siusiaka!!!

Żeby nie było, że ja słomkę w cudzym oku widzę, a belki w swoim nie: do szóstego roku życia byłem przekonany, że coś takiego jak cipka nie istnieje. Myślałem, że wszyscy - i mamusia, i ciocie, i koleżanki, mają penisy. Było tak mimo jedynej próby uświadamiania, podjętej przez moich rodziców: otóż kupili oni mojemu bratu i mnie parę enerdowskich lalek, chłopczyka i dziewczynkę, z w miarę wiernie odwzorowanymi narządami płciowymi. Niestety nie chciałem przyjąć tego do wiadomości, a tę lalę ze szparką zamiast fajfusika uważałem za jedną wielką mistyfikację.

Uświadomienie, a z nim ogromny szok przyszły w zerówce, a przez to, że już jako sześciolatek przechodziłem przez płot naszego ogrodu na boisko sąsiadującej z nami szkoły i od grających tam w piłkę nastolatków nauczyłem się masy przekleństw (tak, tak, byłem cholernie wulgarnym sześciolatkiem), efekt był IMHO przekomiczny.

Otóż chyba w Sondzie, którą już wtedy regularnie oglądałem, pokazano kąpiącą się dziewczynkę. Widziałem ją ze szczegółami, żywą, tyle że na ekranie telewizora. Jakież było moje zdumienie gdy okazało się, że rodzice mieli rację, a lalka nie była oszustwem! Dziewczynka nie miała tego czegoś...

Pierwszą rzeczą którą zrobiłem na drugi dzień, po tym, jak mama odprowadziła mnie do zerówki i zostałem sam z kolegami, było podzielenie się traumą, będącą moim udziałem:

- A wiecie, że ja wczoraj widziałem w telewizji gołą dziewczynę? I słuchajcie. ONA NIE MIAŁA CHUJA!!!

21:14, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »



GG:23200496