czwartek, 29 grudnia 2011

Właśnie po moim lewym policzku potoczyła się łza. A w zasadzie trzy. W ciągu dziesięciu minut.

Siedzę w pracowni (sjewodnia na mnie wypadł dyżur przy ploterze - zmieniamy się ze wspólnikiem co dwa dni i robimy nocki, oszczędzając Pabla i na ewentualnych nadgodzinach dla niego). Siedzę i czytam książkę - owego slamdoga.

Książka zajebista, polecam. Dużo lepsza niż film - zresztą tylko w paru miejscach do książki fabułą nawiązujący. No i czytając ją uroniłem te trzy łzy z lewego oka.

Ni cholery nie zrozumiem, czemu akurat z lewego. Książkę - IMHO wcale smutna nie jest -  trzymałem w lewej ręce, prawą łyżkę którą wpierdalałem ostrego, czerwonego Vifona. I po prawej stronie stała parująca mi w twarz tymi chemicznymi oparami micha.

Obstawiam powiększony, wrażliwszy na kapsaicynę, lewy migdałek.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Tośmy porozmawiali...

Jak wiadomo, atmosfera świąt nieznośną i konfliktogenną z czasem się staje. Tak też było dzisiaj, kiedy to po południu poprztykałem się z żoną.

Mniejsza z tym, jak się zaczęło. Ważne, jak po godzinie "smuty" chciałem rozładować atmosferę i korzystając z nadciągającej odwilży (pokazywana właśnie prognoza pogody na jutro) zagadałem moje kochanie:

- To ile jutro stopni?
- Plus osiem
- O, to ciepło. I co na to młody?
- Gówno - on stale ma trzydzieści sześć i sześć.

Znaczy, nie czas się jeszcze godzić.

21:23, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 grudnia 2011

Jest sobie taki wynalazek: zowie się on banerem odblaskowym, zbudowany jest z tkaniny, na której w jakiś sposób naniesiono takie mikropryzmaciki z mikrozwierciadekami. Gdy skieruje się na ten baner strumień światła, zostaje ono odbite i z mocą wodospadu wypala dziury w mózgu.

Można na onym banerze drukować. Można coś nakleić. Do tego posiada ów produkt zaawansowanej, reklamowej technologii niesamowitą moc panowania nad ludzkimi umysłami - szczególnie, gdy w odpowiedni sposób zostanie spreparowany.

Za sprawą ludzkich rąk (cudzych - bez mojej wiedzy) tył mojego samochodu został ozdobiony nalepką z takiego baneru, na którego odblaskowej powierzchni naklejono wycięty słusznych rozmiarów znany wszystkim skrót: HWDP.

Niniejszym piętno dla siebie za brak czujności. Wyjeżdżając o dwudziestej drugiej z roboty nie obszedłem auta tylko tak ozdobionym ruszyłem w  miasto. Kosztowało mnie to pół godzinki dogłębnej kontroli wszystkich układów samochodu przez "przyjaźnie" nastawiony patrol...

23:19, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (2) »
środa, 14 grudnia 2011

Koziołek ma swoje za uszami. Oj, ma...

Na przykład gdy za młodu jeździł z kolegami na wywczas do Łeby, miał w zwyczaju densować do rana na disko pod gołym niebem, zapoznać jakąś niewiastę i po parogodzinnej znajomości umówić się z nią na łebskim rynku o siakiejś nieludzkiej, porannej godzinie.

Oczywiście gdy budził się sponiewierany na swoim materacu, w swoim namiocie, na swoim polu namiotowym, randka zazwyczaj poszła się jebać parę godzin nazad.

Razu pewnego zapoznał był Koziołek wiolonczelistkę Opery Śląskiej. Śliczne to dziewczę (a tak się przynajmniej Koziołkowi zdawało po kilku butelkach Ś.P. piwa EB) zostało omotane przez capi urok i bezdenną otchłań oczu rogatego Romeo. Do tego stopnia, że po upojnej nocy zgodziło się spotkać z kozłem bladym świtem.

Kozioł, jak to kozioł - natura śpiocha zobowiązuje - wstał w południe. Dla zasady poszedł na ten nieszczęsny rynek ("a nóż widelec szczeka..."), wrócił niespełniony, a wieczorem rytuał powtórzył.

Gdy tak siedział, zapoznawszy już inną cud dziewoję, umościwszy jej krągłym pośladkom gniazdko na swoich kolanach - coby wilka nie dostała - nagle na twarz jego skąpaną światłem "jarzynówki" padł cień. Cień wiolonczelistki Opery Śląskiej.

I wszystkim się zdawało, że wiolonczela gra jeszcze, a to echo grało, gdy z ust jej poleciało:

- Koleżanko, mam dla ciebie dobrą radę. Nie zadawaj się z nim, bo on jest pojebany jak Louis de Funes

00:34, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (2) »
wtorek, 13 grudnia 2011

Wazelinetto!

Z głupia frant dodałem do pół kilograma masy na klopsy (oczywiście mięcho mielone własnoręcznie) paczkę tartego parmezana i słoik odsączonych z oleju, również zmielonych, suszonych pomidorów.

Później sosik na bazie krojonych pomidorów z puszki i świeżej bazylii.

Kurde. Nie sądziłem, że ten szit może tak smakować.


Tagi: klopsy
23:57, koziolek_matolek_1234 , porady
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 grudnia 2011

Dzisiaj było u nas w domu małe zamieszanie - moje kochanie przyuważyło u mnie siakąś czerwono-granatową plamę poniżej lewego pośladka. Znaczy siniak od uszczypnięcia - prawie jak malina na szyi.

Szybkie, przeprowadzone przez małżonkę śledztwo (przy moim skromnym udziale) wykazało, że nie maczała tu paluchów żadna obca białogłowa, a Kozioł nie musi wyprowadzać się do mamusi.

Otóż winną okazała się deska klozetowa: pękła tak niefortunnie, że tylko pod ciężarem koziołkowej dupy ostre krawędzie plastiku ustępowały na chwilę, po czym - przy wstawaniu - z premedytacją kąsały mnie w tyłek.

Tagi: koziołek
23:34, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 grudnia 2011

Trzecia z zasłyszanych przez Koziołka "historii z pierwszej ręki" . Czy to prawda? Chuj to wie. Ważne, że cap ukontentowany spijał słowa z ust przyjaciela.

Otóż pewnego razu w Brzeszczach (rzecz działa się w trójkącie Brzeszcze - Oświęcim - Kęty - Wilamowice; i proszę się nie przypieprzać ;)) brat mojego bliskiego kolegi zajął miejsce w autobusie tamtejszego przewoźnika, coby udać się na poranną szychtę w Zakładach Chemicznych Oświęcim.

- Godzina 5:50 - pomału złażą się pasażerowie; kierowcy niet
- Godzina 6:00 - wypadało by grzać silnik; kierowcy niet
- Godzina 6:10 - godzina odjazdu; kierowcy niet, ludzie zdezorientowani - nikt nie kuma, o co kaman
- Godzina 6:15 - jeden z pasażerów wstaje, obraca się do "sali" i woła: "Czy jest ten skurwysyn kierowca?... Nie ma??? To ja poprowadzę!!!". Po czym siada za kierownicą, odpala autobus i odjeżdża...

Oczywiście nie muszę mówić, że PONOĆ reżyserem tego całego cyrku był naczelny szafior :)

niedziela, 04 grudnia 2011

Grupa dyskusyjna pl.pregierz, 5 listopada 2011. Koziołek wziął, załamał ruki i zapłakał patrząc, jak umiera usenet i jego ukochany pręgierz. Zresztą nie trzeba było długo czekać, a łonet wyłączył swój serwer njus :(

Adeptów nam ubywa i pomału zaczynam się czuć jak w siakimś skansenie. Boję się, że za parę lat nie pozostanie mi nic innego, jak oblać się benzyną pod siedzibą gugla - w proteście przed odłączeniem usenetu ;)

Jako że mam dziecko w drodze, a do tego chciałbym minimum do osiemdziesiątki czytać pręga, zastanawiam się nad założeniem szkoły, gdzie jednym z obowiązkowych przedmiotów będzie pisanie na grupy. Posłałbym tam juniora, a później patrzyłbym - robiąc na drutach i kołysząc się w bujanym fotelu - jak moje wnuki rozkwitają ciągnąc flejmy o globcio, prawnukach Prezesa i czarnej zarazie która po raz enty lęgnie się z ruin zbombardowanego przez Palichuja Wilanowa :)

Sory za pierdolenie po pijaku, ale na poważnie mam wrażenie, że jesteśmy siakimiś niedobitkami i niewielu już nas zostało :-/

Z harcerskim pozdrowieniem,

Koziołek



00:52, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 grudnia 2011

Dla informacji.

I tyle w temacie :)

14:11, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (4) »
czwartek, 01 grudnia 2011

Grupa dyskusyjna pl.pregierz; 1 grudnia 2011. skx pojechał z tekstem w ful inglisz. Czasem ktoś się do tego - na polskiej grupie - przypierdoli, a czasem nie :)

skx napisał:
> A description of a criminally untrustworthy individual was seen as
(CIACH!)

Wazelina forju, bo przypomniałeś mi mój pierwszy wyjazd nad morze - bez rodziców, tylko z kolegami.

To, że z Bielska - Białej jechało nas do Łeby dziewiętnaście osób w dwóch przedziałach - plus namioty, śpiwory etc - to kij. O tym, że zbratałem się z siakimś rastamanem z Kędzierzyna Koźla który następnie zamiast przez okno, wyrzygał się na mnie - nawet nie wspomnę. Ważne, że najbardziej utkwiła mi w pamięci scenka, jak to środek korytarza okupowała czwórka narodowców.

Środek nocy, stacja Bydgoszcz. Wsiadają ludzie. Jeden z nich - pan koło czterdziestki z płaszczykiem przewieszonym przez ramię i aktóweczką przeciska się obok na łyso wygolonego kwiatu wszechpolskiej młodzieży szepcząc: "sorry".  Na co szef ekipy:

- Kurwa. Jesteś w Polsce? Mów po polsku! - i bania, bania, bania...

Nie, żebym się czepiał ;)


Pozdr.,

Koziołek


23:50, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (1) »



GG:23200496