niedziela, 20 listopada 2011

Oglądając ostatni - ściągnięty z narażeniem życia z hamerykanckich serwerów - odcinek "Dextera", swoim sokolim okiem wypatrzył Koziołek coć, co wywołało u niego odruch Pawłowa. Śliniąc się i trzęsąc (był akurat na kacu po wczorajszej imprezie i potrzebował klina) cofnął film i zrobił stopklatkę. Po chwili już wiedział:

NA IMPRZE U SIOSTRY DEXTERA, DEB, CHLEJĄ POLSKĄ WÓDĘ!

Malkontenci powiedzą, że to nie jest już polska wódka. Że jej właścicielem jest żabojad i takie tam (o tym, że to product placement, czyli swojskie lokowanie produktu nie wspomnę).

Spójrzcie na to z innej strony: na butelce jest uwieczniona siedziba polskiego prezydenta z powiewającą nad nią biało - (w domyśle) czerwoną flagą. Pijący ją jeden z drugim czarnoskóry, poobwieszany złotem, wożący swą tłustą dupę Hummerem artysta musi w pewnym momencie spojrzeć na ten pałac. A wtedy zada sobie pytanie (ŁOTAFAK?) i sprawdzi na Wikipedii co to jest to Belvedere, przeczyta o pokręconym polskim losie, zapłacze nad tymi czworakami wśród błota i wierzb płaczących. A potem zarapuje - o Witkacym, Papieżu i brzozie nieprzeciętej.

I tak w Bronx i na listy Bilboardu poniesie się melorecytacja o naszych polskich dziejach, a tysiące turystów z wszystkich gett USA pomkną na zwiedzanie dalekiego kraju...

Polska wóda u Dextera

Polska wóda u Dextera

11:34, koziolek_matolek_1234 , oczy szeroko otwarte
Link Komentarze (2) »
środa, 16 listopada 2011

Czego bym złego nie napisał (i myślał) o łonecie, to jednak wzruszył mnie ostatni njus z jego stron. Otóż

Król Bunyoro-Kitara szuka swoich korzeni w Nysie

Tam że szuka korzeni to chuj. Ważny jest koment spod artykułu - przed autorem chylę czoła:

Znaczy polski Żyd-muzułmanin ze Śląska, który będąc w tureckiej służbie gubernatorem Albanii, a w brytyjskiej- gubernatorem egipskiego Sudanu, jest przodkiem ugandyjskiego króla? Do pełni szczęścia brakowałoby jeszcze cygańskiego muzykanta i irlandzkiego biskupa, tak dla odmiany protestanckiego... Ot, czeski film i ruski cyrk :)

Wazelajna ;)

 

P.S. ŁAN: Króliku Doświadczalny. Sprężam się do spisania kolejnej porcji wspomnień z Wadowic. Zainspirowałeś mnie ;)

P.S. TU: Lejdis end Dżentelmens. Chciałbym poinformować, że właśnie na gejsbuku dołączył do mnie PABLO :)

23:17, koziolek_matolek_1234 , oczy szeroko otwarte
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 listopada 2011

Sjewodnia notka którą wrzuciłem na blog Królika Doświadczalnego, a będąca odpowiedzią na jego wpis pod moimi żalami nt. jumanego kangura.

Królik Doświadczalny napisał:
Mądrzy ludzie mówili kiedyś, że nie kupuje się samochodów na "f". Próba brutalnego porwania kangurka była, być może, boską interwencją, karą za lekceważenie mądrości ogółu, wymierzoną w koźle pośladki. A że nieudana? Przecież dobry Bóg miłosierny jest. :)


Koziołek odpowiedział:
Tak to jest z autami na F - miałem już Forda, Fiata, teraz mam dwa francuskie.
Najwięcej jak dotąd kapuchy wpakowałem w forda. Ale to stary strucel był, kupiłem Escorta jak miał wiosen 13. MK IV, trzydrzwiowy. Wolnossący diesel - od późnej wiosny do wczesnej jesieni śmigał na oleju rzepakowym prosto z dyskontu. Kupiony od handlarza spod Nju Sącza o nazwisku Borek okazał się studnią bez dna z progami i podłogą z żywicy i trocinami jako wyciszenie skrzyni biegów. Kupiony za 7 tysięcy, zjadł ok. czternastu kilozyli.


14:56, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 listopada 2011

Mój świętej pamięci, urodzony pod Białymstokiem a mieszkający do śmierci koło Bydgoszczy dziadek, miał koło domu śliwę. Pod śliwą tą siakiś taki stolik i ławeczki z nieheblowanych desek, przy którym zasiadali z moim starym i wujkiem przy okazji naszych odwiedzin i łoili sake.

Wesoło było u dziadka - ja na przykład uwielbiałem do niego przyjeżdżać na wakacje, bo chodziliśmy doić krowę (i piłem ciepłe mleko prosto z wiadra, przecedzone przez brudny fartuch dziadkowej konkubiny), polowałem na liczne muchy łapką zrobioną z błotnika komarka na pedały (na której to maszynie zaliczyłem dzwona w wieku czternastu lat i wylądowałem na dziesięć dni w szpitalu ze wstrząsem mózgu i złamanym obojczykiem). Fajnie też było, jak ta jego konkubina, zwana przez nas Ciotką Charkowską, bo to Rosjanka spod wiadomego miasta była, zamykała mojego młodszego brata w ciemnej szopie na kilka godzin. Aha - jeszcze ekstra było buszować po pokoju na piętrze wypełnionym suszoną słomą z maku.

No ale wracając do ławeczki pod śliwą. Toczyły się tam różne dyskusje, jak na przykład ta o ewentualnej wojnie Związku Radzieckiego ze Stanami. Połowa lat osiemdziesiątych to była:

- [Mój Stary] Chyba już nie będzie wojny...
- [Wujek] Chyba nie będzie.
- [Dziadek] Może nie będzie. Ale jak by była, to ja i tak przeżyję. Już jedną wojnę przeżyłem - i w Berlinie byłem!
- [MS] Co ty, ojciec. Jak by była wojna, to od razu atomówkę na Zachem puszczą. To trzy kilometry tylko - nikt nie przeżyje.
- [D] Co, kurwa? Ja nie przeżyję?! Już jedną wojnę przeżyłem, to i tę przeżyję!!!
- [W] Teściu, ale to trzeba mieć schron przeciwatomowy. Jak walnie atomówka, to całą chatę ci zdmuchnie, a nawet jeśli piwnice zostaną, to cię - i Jaśkę - napromieniuje i grzebniecie w kalendarz.
- [D] Nic się nie stanie - wlezę do beczki z wodą.
- [MS] Ale beczkę podmuch przewróci, woda się wyleje i pozamiatane...
- [D] Kurwa (^&^)_(+%$#$(_++:>_#

Na drugi dzień od rana wielkie poruszenie. Siódma rano, dziadek już na nogach, zbudził skacowanych ojca i wujka i gdzieś ich zabrał. Do obiadu sprawa się wyjaśniła: otóż wzięli łopaty, poszli za nieużywany już chlewik i wkopali w ziemię dwie plastikowe beczki do kiszenia kapusty. Następnie napełnili je wodą, dziadek rozebrał się do gatek i wlazł do jednej z nich. A że mały konus był, do tego chudy, schron zadziałał znakomicie - tylko głowa mu wystawała nad wodę.

Tak więc dzięki zaradności seniora, ród Koziołka miał zapewnione trwanie nawet w przypadku nuklearnego konfliktu między mocarstwami...

Tagi: Zachem
14:02, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Komentarze (3) »
piątek, 04 listopada 2011

Pl.misc.samochody, pl.pregierz; 3 listopada 2011

Na początku przepraszam za crossposta.

Parę miechów temu coś się zjebało w moim służbowym kangurze (blaszak). Konkretnie to ścięło jedną ze śrub podtrzymujących silnik i ten wziął się i opadł parę centów w dół.

Że chwilowo nie potrzebowałem "ciężarówki", postawiłem francę pod blokiem i czekałem na sprzyjający moment - czyt.: kiedy mi się zachce - zaholować strucla do warsztatu. Tyle, że akumulator wyjąłem, choć sam nie wiem, po kiego grzyba.

Dzisiaj poczułem wolę bożą - wziąłem kluczyk, zwerbowałem sąsiada z linką i autem i zamontowałem aku. Po czym z godnością zasiadłem za kierownicę i wsadziłem kluczyk w stacyjkę. Niestety nie udało mi się go przekręcić, ani odblokować kierownicy. Więcej: zachowywał się jak piętnastoletni penis w wyeksploatowanej dziurze. A zatem telefon w łapę i po pogotowie kluczykowe.

Piętno dla skurwysyna który chciał zajumać dwunastoletniego francuza a jedyne co osiągnął, to rozpieprzenie stacyjki. Wazelina dla siebie, za prewencyjne wyjęcie akumulatora ;)

A mówią, że moja dzielnica taka spokojna...


Z harcerskim pozdrowieniem,

Koziołek

21:13, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Komentarze (1) »
środa, 02 listopada 2011

Swego czasu pracowałem z jednym gostkiem. Jedenaście lat temu nazad to było, ale do dzisiaj pamiętam jego opowieść - Pierre Richard i jego Pechowiec się chowa :)

Koleś ów wybrał się jakoby na imieniny. Wskoczył w garniak, wdział zapastowane glany i zafasował flaszkę siwuchy. I pognał na spotkanie przeznaczenia...

- No i wiesz. Poszedłem na tramwaj. A że późno było, to myślę sę - pojadę na gapę - kto by tam bilet o dziewiątej kasował. Ale kurwa pecha miałem. Kanary mnie dorwały. Flaszkę mi zabrać chciały - że niby mnie puszczą, jak im ją dam, ale skończyło się w końcu na dziesięciu złotych.

...

Wysiadłem z tramwajki i uderzam w osiedle. Wiesz, takie domki małe były - Łagiewniki. Pełna kultura, luz, blus. No i szedłem, a tu trzech chujków zagrodziło mi drogę i fikają do mnie. No to wiesz, ja mały i chudy jestem - nie będę brykał. No to chwyciłem mocniej flaszkę i spierdalam. A oni - kurka blaszka - za mną.

...

No i biegnę, ale oni dalej za mną. Tchu mi zabrakło, ale trzymam flachę jak Żyd sakwę i wypatruję, gdzie tu spierdolić. Całe szczęście zaraz jakiś płot niski się znalazł, to wskoczyłem do grodu.

...

Ledwo przelazłem na drugą stronę, dwa wilczury mnie dopadły. Urwały mi nogawkę, ale uciekłem - na balkon wylazłem. Akurat jakaś babka tam siedziała i jarała szluga. Zaczęła się drzeć, że policję wzywa i żebym uciekał natychmiast z balkonu, ale na dole psy były, a za płotem kolesie, no to nigdzie nie poszedłem, tylko tam siedziałem.

...

Przyjechały pały i mnie zawinęły. Niby żę za włamanie. Flaszka mi wypadła i się rozbiła, a do tego dostałem pałami w suce i będę miał sprawę za wtargnięcie...



GG:23200496