piątek, 22 lutego 2013

Był dzisiaj u nas Dżani (właśnie ten: Dżani Mokre Futro). Jakiś czas temu zanabył on volkszrota w odmianie passat - nówkę sztukę nieśmiganą wprost od osiemdziesięcioletniego bauera jeżdżącego wyłącznie do kościoła. Maszyna okazała się lekkim szrotem - piszę "lekkim", bo mogło być gorzej. Nie działa tylko parę elektronicznych dynksów.

No i dzisiaj Dżani pochwalił się, że jego wspólniczka też uderzyła w passatona - w wersji golec, tyle że nówkę sztukę z salonu (albo prawie, kto by tam spamiętał ;))

- Zośka kupiła se passata. Niby nowy, ale nic tam nie ma. Nawet nawigacji nie ma! Ja mam nawigację, a zapłaciłem mniej!

Na co Pablo który sprawę dżaninego samochodu znał z bliska od lat dwóch - czyli od chwili zakupu, spytał:

- A działała ci ta nawi kiedykolwiek?
- Eee... No nie...

Dla wyjaśnienia: cała nawigacja to kawałek pilśni mocowany lepcem, robiący za ekran LCD :)

Tagi: dżani
23:17, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 lutego 2013

A tak mi się właśnie przypomniało.

Dawno dawno, dwanaście lat temu nazad, zupełnie przypadkiem (zamieściłem ogłoszenie w gazecie o treści "megazdolnyzajebistyszukaroboty", na które odpowiedział szef - TEN SZEF) spełniło się marzenie Koziołka o pracy w agencji reklamowej. Po dwóch telefonach od właściciela, rozmowie pierwszej i rozmowie drugiej (tej, właśnie TEJ, O KTÓREJ PISAŁEM TUTAJ) z impetem wodospadu wtargnąłem w zepsuty świat wielkiej reklamy.

Jak wiadomo, początki są trudne i trzeba się wiele nauczyć - a kto lepiej wprowadzi Młodego, Przystojnego Mężczyznę (dzięki Kędzior za ten tekst - jest znakomity!) w trudne realia zawodowego życia, jak nie atrakcyjna, dojrzała mamuśka? I tak właśnie, jako uczeń Marysi, zacząłem wydeptywać ścieżki wśród warszawskich biurowców najznamienitszych firm farmaceutycznych.

Pierwszą z takich wypraw pamiętam do dziś...

Wybraliśmy się z Kasią do wsi Warszawa. Intercity piąta z groszami z krakowskiego Głównego, jajecznica w Warsie i rajzefiber. Po cirkaabałt trzech godzinach wysiedliśmy na Centralnym (gdzie niemal zwariowałem widząc pędzące na oślep i w wielkim pośpiechu tłumy oszołomków lajk ja) i w tempie ekspresowym zaczęliśmy przemieszczać się taksówkami od korporacyi do korporacyi, w których moja urocza towarzyszka snuła nić, motając męską część kadry menadżerskiej - tej z dupkami na średnich i wyższych stołkach.

I tak właśnie dotarliśmy do firmy, której pigularze kręcili (i kręcą do dziś) jeden z najpopularniejszych specyfików na ból wszelaki. Wleźliśmy do środka, przefiltrowani przez recepcję i za jego zgodą naruszyliśmy mir biurowy zaobrączkowanego prodaktmenadżera w średnim wieku.

Zanim przejdę do puenty, muszę coś wam zdradzić. O niej. O Krysi. Otóż - już później - nienawidziła jej moja przyszła żona. Nie wiem, dlaczego ;) Wiem jedno: miała trzydzieści pięć lat, szczupłe nogi i sterczące niczym różki młodych koźląt piersi o rozmiarze "D". Do tego kurewskie spojrzenie (to jest komplement) i uwodzicielski głos z delikatną chrypką (tylko ja wiedziałem, że to od fajek).

Wracając do pana od Ibupr... eee... od lekarstwa. Spotkanie trwało siakieś pół godziny. Siedziałem - przedstawiony przez Zosię jako nowy kolega którego ona uczy - i słuchałem. Nic nie mówiłem, obserwując, jak rozgrywa to mistrzyni.

Że nie mam z nią szans stwierdziłem, gdy spocony i zaśliniony pan postanowił się pożegnać. Najpierw podał z uśmiechem rękę mi, następnie Weronice i rzekł - z jeszcze szerzej rozciągniętą gębą:

- Mam nadzieję, pani Iwonko, że następnym razem odwiedzi mnie pani bez kolegi...

23:15, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 lutego 2013

Właśnie siedzę sobie i oglądam na jutjubce polskie teledyski z lat osiemdziesiątych.

Wazelinka dla orysa za koment pod kawałkiem RSC:

"Jakiś czas temu przyszywany bratanek usłyszawszy to u mnie w samochodzie zapytał "Wujek, czy to jest ta kapela w której naćpany Jezus gra na klawiszach?" Po obejrzeniu teledysku muszę przynać, że skojarzenie jest właściwe :D"

 




GG:23200496