piątek, 23 stycznia 2015

Eksporterem jestem od wielu, wielu lat. Eksporter - w moim przypadku - to taki koleś, co od czasu do czasu sprzeda małe co nieco na zachód, korzystając z przelicznika 1:1 (złotówka tu, to jak euro tam). I jakoś się to kręci. Nie, żeby dużo tego było, ale zawsze dawało siakiś przychód.

Dzisiejsza transakcja nie przyniosła dochodu, ale za to maksimum ukojenia. Tego ostatniego tyle, ile można zyskać, mogąc spokojnie otworzyć piwo, puścić na słuchawki secik Ludvigusa (https://soundcloud.com/ludvigus) i zrelaksować się, nadrabiając zaległości w tworzeniu projektów dla klienta.

Co wyeksportowałem, spytacie? Otóż ząbkującą od tygodnia roczną córkę. Wprost w objęcia babci :))))

JULKA NA MOTORKU

23:17, koziolek_matolek_1234 , się chwalę
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 stycznia 2015

Kiedy byłem małym chłopcem - Hej!, zabierali nas ze szkoły na tzw. wyjścia do kina. Wyświetlane gówniarzerii filmy to przeważnie Akademie Pana Kleksa, albo inne Nad Niemnem (do końca życia nie zapomnę, jak mój trzynastoletni kolega, Adam K. zasłaniał sobie oczy, gdy główna bohaterka myła cycki), ale pewnego razu poszliśmy na Piratów XX wieku. I to był szok!

"Radziecki statek towarowy, przewożący opium do celów medycznych, zostaje zaatakowany przez bezwzględnych piratów. Załoga zostaje pozostawiona na tonącym statku na pewną śmierć, lecz udaje im się z niego uciec. Teraz będą musieli stanąć do walki z piratami, by przeżyć."

Po wyjściu z kina czułem się tak, jakby ził wapna zlasował mi mózg (a miałem jakieś dwanaście lat) - toć ruski film, a prawie jak amerykański?! I od tego czasu rzymskie cyferki oznaczające stulecie stały się dla mnie wyznacznikiem szyku i fasonu.

W tych pradawnych, zamierzchłych czasach mieszkaliśmy, znaczy rodzice, brat i ja, w służbowym mieszkaniu wadowickiej Łączności (dla młodzieży: Łączność to coś, co zostało w '89-tym rozparcelowane na Pocztę i Telekomunikację, a następnie w połowie sprzedane Kulczykowi (i tym samym Francuzom). Za plac zabaw robił nam plac parkingowy, warsztaty i dawny ogród bankowy, a gdy już nam się na tym podwórku nudziło, robiliśmy skok przez płot i graliśmy w nogę na sąsiednim boisku podstawówki.

Ojciec nasz znany był z dwóch rzeczy: po pierwsze z regularnością szwajcarskiego zegarka marki Atlantic, którego był właścicielem, pojawiał się za kwadrans trzecia w furtce naszego lokum, wracając z pracy. Ubrany w eleganckie materiałowe spodnie, dzierżył w łapie teczkę, taką niby aktóweczkę. Zamiast papierami, wypchana była parasolem, portfelem - podkówką, a  od czasu do czasu "prezentami".

Prezentami nazywał on "deputaty", którymi obdzielała pracowników fabryka, w której pracował: WSW Andoria. Firma ta słynęła na całą Polskę i bliski wschód z produkcji silników wysokoprężnych, a swoich pracowników sowicie wynagradzała, uzbrajając ich w mydło, pastę BHP i kalesony.

I tu właśnie muszę wspomnieć o rzeczy drugiej: otóż stary nasz po przyjściu z pracy wskakiwał w tak zwany strój domowy: kalesony! W kalesonach tych chodził po domu, wynosił śmieci i schodził do piwnicy po kupowane na jesieni ziemniaki. Kalesony były takim jego znakiem rozpoznawczym.

No i tak mi właśnie przyszło do głowy: otóż moje kochanie dawno, dawno temu kupiła mi spodnie od dresu. Czarne, ciepłe (ale nie za gorące) i w chuj wygodne. I tak je katuję - chodzę w nich po domu, zaglądam do sąsiada i złażę do garażu, wyjąć z auta paczkę mleka.

No i przyszło mi do głowy, że dresy to takie kalesony XXI wieku...

PODWÓRKO

To na tym podwórku wychowaliśmy się z bratem. Teraz smutne i ponure, wtedy takie nie było: zawsze parkowało tu kilkanaście nysek, żuków i starów, nie zawsze zamkniętych, w których mogliśmy siąść za kierownicą i z których demontowaliśmy maski, owijając je następnie kłębami kabli - to były nasze statki kosmiczne.

23:55, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Tu w tym mieście Wadowicach wszystko się zaczęło. I picie się zaczęło, bzykanko się zaczęło, zwałka się zaczęła - mógłbym rzec, parafrazując mojego wielkiego ziomka, Lolka Wu.

Kiedyś o tym napomknąłem, a dzisiaj opiszę mój pierwszy dzień, gdy zostałem przyłapany przez rodziców "po pijaku". Nie będzie to może proza Pilcha lub Hłaski, ale trudno ;)

Dawno, dawno temu, gdy miałem jeszcze osiemnaście lat, długie włosy, zero nadwagi i byłem bożyszczem co poniektórych koleżanek (a przynajmniej tak mi się zdaje), wziąłem udział w zakrapianych urodzinach naszej czterdziestoparoletniej koleżanki z placu targowego, niejakiej pani Hani.

Będąc jednym z tam handlujących (z doskoku wprawdzie, bo z racji uczęszczania do technikum tylko po szkole, albo w wakacje / ferie, wpadałem na wspólny z kolegą Darkiem stragan książek) musiałem swoje wypić. Mimo słabej jeszcze głowy i zerowego konta pijackich objawień u rodziców, zabrałem się do rzeczy równo z innymi.

Zaczęło się od szklanki, takiej do kawy plujki, wódy pół na pół z cytronetą. Po niej nastąpiła identyczna salwa, a za chwilę jeszcze pół, gdy pomogłem zmęczyć miksturę koledze, który z racji tego że prowadził (!!!), nie mógł więcej pić.

Po tej porcji sake byłem już ciepły, ale inny kolega, który miał jeszcze smaki, zaproponował po kruszonie (pamiętacie może takie napoje alko, w butelkach 0,33 z oranżady?). Z jednego zrobiły się dwa. I w połowie tego drugiego urwał mi się film.

Resztę pamiętam właśnie jak kilkukrotnie zerwany film, byle jak posklejany i z brakującymi fragmentami:

CIACH! Siedzę na trawniku pod placowym barem (lato to było) i rzygam rzez ramię, co by nie zarzygać spodni CIACH! Kolega Darek cuci mnie pod kranem w tamtejszym szalecie CIACH! Siedzę na stołku przed naszym straganem, jeden z kolegów karmi mnie cytryną ("to pomaga na rzyganie"), a ja pomiędzy jednym  drugim kęsem puszczam pawia na jego rękę CIACH! Budzę się złachany na dywanie w domu Darka: "nie puściłem cię do domu, bo i tak starzy, nawet jak cię teraz zobaczą, to zabiją".

Tu ścinki się skończyły, ochłonąłem z deka i ruszyłem, niczym zombi, do domu. Po drodze opracowałem bajeczkę, jaką miałem zamiar sprzedać rodzicom, by wytłumaczyć mój godny pożałowania stan i ciągłe wymioty. Gdy tylko stanąłem w drzwiach, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem, była wizyta w kiblu i rozmowa z Wodnikiem Szuwarkiem. Potem padły Trzy Magiczne Słowa, jak mantra mające chronić przed wyimaginowanym w mym zmacerowanym podłym trunkiem mózgu gniewem rodziców: STRUŁEM SIĘ HOT-DOGIEM. Następnie rozścieliłem tapczan, walnąłem się w pościeli, a jako zbawca - towarzysz niedoli posłużyła mi postawiona obok łóżka miednica, którą co kilka - kilkanaście minet zaszczycałem czołobitnym ukłonem.

Obrzędy te w pewnym momencie przerwał mi mój jeszcze niewinny, piętnastoletni, braciszek. Wszedł do pokoju, usiadł na swoim tapczanie i zagaił:

- Sebastian, powiedz. Piłeś coś?
- Nie... Strułem się hot-dogiem... - wyrecytowałem
- Nie bój się, nie powiem rodzicom. Piłeś wódkę?
- Nie... Strułem się hot-dogiem...
- Aha, bo wiesz. Początkujący alkoholicy tak mają.

Jak widzicie, nie umarłem, choć konałem cały ten dzień, całą noc i pół dnia następnego. W oczach rodziców zrobiłem coming - out, gubiąc wianek tego, co nie pije. A do tego na jakiś czas straciłem jedną z koleżanek. Spytacie, jak? Otóż gdy tak kimałem na foteliku koło straganu, odwiedziły nas nasze dwie szesnastoletnie koleżanki, Asia i Anetka. Gdy  rozmawiały z moimi kolegami, w pewnym momencie się ocknąłem, spojrzałem na nie spod kaprawych powiek i ku uciesze gawiedzi zawołałem:

- Asiu, ciebie mógłbym bzykać nawet na rowerze!!!

21:22, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 stycznia 2015

Dawno, dawno temu, jeszcze za komuny, oglądałem w sobotnim kinie nocnym hiszpański (chyba) horror. Opowiadał on o gościu, który niechcący zajebał żonę łopatą, po czym zamurował ją w ścianie. Po pewnym czasie smród gnijącego ciała zaczął przesączać się przez ściany i facet małżonkę odmurował. "Aromat" chyba jednak przestał mu wadzić, bo wprowadził się za ściankę do żony. Siedział przy niej godzinami i prowadził z truchłem długie rozmowy.

Dzisiaj Pablo opowiedział mi o swojej znajomej. Otóż zdarzyło się, że zaczęło niemiłosiernie w jej mieszkaniu jebać. Podczas wizyty zwrócił Pawełek na ten smród uwagę.

- Renia, co tak u was śmierdzi?!
- Wiesz, bo kot nam zdechł. Leży i śmierdzi.
- Zdechły kot?! To dlaczego go nie sprzątniesz?!!!
- A bo wlazł pod wannę, zaklinował się i zdechł. I nie da się go wyciągnąć.
- No to wannę wyjmijcie.
- Eee, to koszta są. Ale w końcu wyschnie i śmierdzieć przestanie.

No i tak mieszkają sobie, Renia z dziećmi i kotem...

22:09, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 stycznia 2015

Przed świętami wpadł znajomy wspólnika z tzw. dawnych lat. Koleś ma ksywę Doktor Mleczko i znany jest z tego, że straszny z niego jebaka. Żonaty był tylko raz i przez chwilę, ale żona popędziła mu kota za liczne akty zdrady. Od tego czasu nie ochajtał się - ma teorię, że dziwki wychodzą taniej, niż małżeństwo.
Mimo że często korzysta z usług kurtyzan, nazwał ten efekt (parafrazując Kondrata z reklamy ING) "oszczędzaniem przez bzykanie".

A dlaczego naszego kochasia zwą doktorem Mleczko? Otóż gdy był jeszcze w małżeńskim stadle, wyjechał służbowo na tydzień do Tajlandii. Tam zadupczył bez gumy o raz za dużo i złapał trypra. Po powrocie, nim doczekał się pierwszych objawów zakażenia, zdążył wyryćkać żonę.

Gdy już musiał pofatygować się do lekarza i dowiedział się, co go spotkało, postanowił na własną rękę wyleczyć małżonkę.

Był to dla niej szok: pewnego dnia mąż, który w każdy wolny dzień wstawał zawsze godzinę po niej, przywitał ją budząc pocałunkiem i podając śpiącej jeszcze królewnie śniadanie do łóżka. Gwoździem programu była spora szklanica mleka - z końską dawką jakiegoś antybiotyku. Mleko kazał wypić na początek, w całości. Gdy żonka zrobiła przerwę by coś przegryźć, ten zaczął poić ją własnoręcznie, mówiąc:

- Pij, pij, kochanie. To dla twojego zdrowia...


15:54, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 stycznia 2015

Pablo zaglądnął przed chwilą do naszej sąsiadki zza ściany. Nowa pracownica, zatrudniona miesiąc temu w sklepie obok na miejsce poprzedniego pracownika. Strasznie wyszczekana:

- Co tam Zosia? Jak po Sylwestrze?
- Fajnie, tylko strasznie boli mnie szyja.
- Co, skakałaś i zarzucałaś grzywą na imprezie?
- Nie... Robiłam loda chłopakowi...
-()*^&*(%$*&)^0|0

14:23, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »

Właśnie siedzimy z Pablem w pracowni i patrzymy się na siebie - znaczy, nic drugiego stycznia się nie dzieje i można poniuchać w sieci.

Na grupie dyskusyjnej pl.pregierz ktoś, podszywający się pod niejakiego mkarwana, wrzucił link do piosenki z holenderskiego festiwalu piosenki dziecięcej. Chłopiec śpiewa (po niderlandzku - tłumaczenie na angielski jest w napisach pod wideo) piosenkę pod wszystko mówiącym tytułem: "Dwóch tatusiów" :)

Tekst mówi o tym, że każdy z tatusiów może być mamusią, że odrabiają z młodym zadania domowe, graja na skrzypcach i takie tam pierdoły.

Po obejrzeniu wideo zerknąłem w komentarze (praktycznie same angielskie), przeczytałem parę i nagle jakbym dostał obuchem w łeb:

- Pablo, wiesz, ze "pedał" w polskim pochodzi od angielskiego "pedal"? Pojęcia, kurwa, nie miałem, że Angole mają prawie identyczne słowo!
- No co ty, poważnie?
- Poważnie. Gość tu pisze: What is thisss?????? fucking pedals death for them!!!!!!!!!! - po czym zainteresowałem się, kim jest użytkownik denny998ksrg i wszedłem w jego profil na YT. Tutaj odkryłem, że gość jest... Polakiem, a faking pedals to zwykły polisz inglisz...

10:02, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »



GG:23200496