poniedziałek, 30 stycznia 2012

Że stary chuj ze mnie, wiedziałem od dawna. Ale że do tego stary cap - to uświadomiłem sobie na ostatniej imprezie u naszych przyjaciół Borków.

Godzina dwudziesta druga. Na małym ogniu duszą się składniki do słynnej, koziołkowej piccy śmieciowej, koło gospodyń miejskich plotkuje w najlepsze, a chłopaki w liczbie czterech postanowili urwać się na dżointa.

Zatem poszliśmy.  Utworzyliśmy krąg wokół wejścia do piwniczki kumpla. Zjaraliśmy, co mieliśmy zjarać i zaczęła się dyskusja.

Zainspirowany widokiem nieotynkowanej cegły, betonowych sufitów i drewnianych drzwi z niecheblowanej dechy, opowiedziałem wszystkim mój ostatni sen:

- Kurwa, a mi to się ostanio śniły piwnice w szpitalu psychiatrycznym
- |^$#%^$%)(**+)%%$%&*()_)
- Zajebiste były. Takie jak tutaj. Tylko że jacyś kolesie chcieli mnie wciągnąć jeszcze głębiej.
- **&($@!*(*$&*(*))($$#$%&))#$$%^$@@#&)
- Ale się nie dałem. Miałem zajebistego cykora, bo tam grasował Freddy Kruger
Chór w liczbie głosów dwóch brechtął:
- Bła ha ha!!!

...po czym głos trzeci - należący do kuzyna koleżanki, dwudziestoletniego studenta - nieśmiało spytał:

- Eeee... Przepraszam.... A kto to jest Freddy Kruger???

 

Znaczy czas na nas - wkrótce zasuwam nad morze, przyzwyczajać się do piachu...

22:52, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 stycznia 2012

Spotkało się dziś u nas dwóch osobników: jeden z naszych klientów i przedstawiciel firmy chcącej nam coś sprzedać.

Klient: potężny chłop po pięćdziesiątce, na oko sto czterdzieści kilo żywej wagi, zmierzwiony włos. Do tego potężnie bolał go łeb (nie wiem - kac czy migrena) i poprosił o zmoczenie pod kranem szmatki którą przykładał do skroni.

Przedstawiciel: chudy chłopaczek w garniturze, bardzo rozgadany.

Klient siedział na krześle obok narciarskich butów i nart mojego wspólnika, oczekując na realizwane na poczekaniu zlecenie. Chłopak czekał, aż ktoś będzie miał czas z nim porozmawiać. A że bardzo gadać mu się chciało, zagadywał klienta pod kątem ekwipunku narciarskiego.

W pewnym momencie klient nie wytrzymał, odjął szmatkę z czoła i schrypniętym, wkurzonym głosem spytał:

- Chłopcze, a czy ja ci - kurwa - wyglądam na narciarza?!!!

21:30, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 26 stycznia 2012

ajajajajaj
ja twój baterflaj
ajnidżju protekszyn
bądź mój samuraj

...czy jak to, kurka, było...

Pamiętacie mój wpis o Die Antwoord - retuszowanych cyckach, białych żulach z RPA i innych takich?

Otóż dzisiaj przeglądałem foty i znalazłem zdjęcie mojego przyjaciela Waldiego. Od razu stanęły mi przed oczami nasze wspólne, studenckie czasy i jego współlokator z pokoju na krakowskim Miasteczku Studenckim AGH.

Marcin - bo tak ten gostek miał na imię - zwany był RPA. Znaczy, jego starzy wynieśli się w cholerę z komunistycznego raju w latach osiemdziesiątych, uwożąc ze sobą niemowlę. Ów biały dzieciak po latach kilkunastu postanowił wrócić do kraju przodków na nauki i wylądował w Krakowie.

Wpadam raz do Waldiego. Na wejście wita mnie Marcin, wpierdalając mit-konserwę ze słoika.

- Cześć stary, co wpieprzasz?
- Coś dobrego. Spróbuj - i podaje mi kawałek jakiegoś białego mięska nabitego na zęby widelca.
- Mmmm, dobre... Co to za szit?
- To mięso z krokodyla. W smalcu.
- Eeee... Pierdolisz...
- Powaga. Mama wekuje mi i przysyła w paczkach - i chłop wyciąga "zza pazuchy" album i pokazuje zdjęcie, na którym stoi w rzeźniczym fartuchu, z nożem w ręce, przed rzędem wiszących na hakach wypatroszonych krokodyli. A wszystko na tle białych, gdzieniegdzie spryskanych krwią kafelków.

Przyznam, że zwątpiłem... Okazało się, że jego starzy mają udziały w zakładzie mięsnym, specjalizującym się w uboju gadów i synalek musi zapierdalać tam w każde wakacje.

A jeśli chodzi o Die Antwoord. Prosim: Enter the Ninja, czyli marzenia grzecznej dziewczynki o czarnym facecie z dłuuugim mieczem:

 

A ten mały, śmieszny (wg niektórych) człowieczek, to Leon Botha. Koleś chory na progerię. Miał wtedy dwadzieścia parę lat i był najdłużej dotąd żyjącym gościem, chorym na tę chorobę.

Umarł w zeszłym roku...

http://en.wikipedia.org/wiki/Leon_Botha

 

EDIT

Przyznam się, że prawie się popłakałem, oglądając TO

Śmierć to niedobra rzecz. Niestety czeka nas wszystkich.

wtorek, 24 stycznia 2012

No dobra. Gwoli sprawiedliwości nie tylko ja byłem ofiarą, lecz również Wspólnik i Pablo.

Otóż okradziono nam tydzień temu spiżarnię. Za lodówkę robi u nas zewnętrzny parapet pracowni, na którym w porze zimnej składujemy takie frykasy, jak salceson z włosami, musztarda, pasztet i inne margaryny. Czasem również chleb.

Przeważnie jest tam musztarda solo plus smarowidło - wtedy, gdy chce nam się zaszaleć i z Palermo na Płaszowie zamawiamy Obiad Szefa Kuchni ze Zniżką dla Firm (polecam - za czternaście zyli minus rabat można opierdolić naprawdę dobry i syty obiad, np. znakomitą ogórkową + przepyszne ziemniaczki z kotletem w chrupiącej panierce + zestaw surówek - jeśli ktoś z was wybierze się kiedyś pociągiem do Krakowa, to niech wysiądzie na stacji Kraków Płaszów i wstąpi do znajdującej się obok dworca restauracji & pizzerii).

Feralnego dnia zamówiliśmy żarło (ja zjadłem zajebisty zapiekany makaron z sosem serowym i szpinakiem, ale bez surówek - zresztą i bez nich mi prawie dupa pękła), prócz tego skończyło się masło. Tym samym ostał się nam tylko krem z gorczycy z miodem.

W pewnym momencie za oknem mignął siakiś cień. Wybiegliśmy z pracowni (Pablo od razu rozkminił sytuację i stwierdził, że ktoś zapieprzył coś z parapetu) i zobaczyliśmy pustą "lodówkę" i plecy biegnącego pokurcza w podrabianej, brudnej kurtce Adidasa.

Gdy nazajutrz poszedłem uzupełnić zapasy w sąsiednim sklepiku i wyżaliłem się Pani Marysi, ta pocieszyła mnie mówiąc, że nie było szans uchronić tę musztardę przed pisanym jej losem. Otóż złodziej to znany na dzielni żul który swego czasu zasłynął z tego, że nawiedził po pijaku panimarysiny sklep i w ciągu dziesięciu sekund wypłoszył z niego wszystkich klientów.

Na moje pytanie: "Co w tym dziwnego? Przecież nie raz ktoś po pijaku robi zakupy?" usłyszałem:

- No tak. Ale nie każdemu przy ladzie wypada gówno z nogawki!

Z harcerskim pozdrowieniem - bo muszę jeszcze napisać postscriptum ;)


PS.
Z góry uprzedzam - to żaden prodaktplejsment ani inna reklama Palermo, jak również nie jest to mój klient - po prostu robię to z sympatii dla dobrego żarcia i jednej ichniej pani kelnerki. Gdybym nie był żonaty, pewnie bym się w tej pięknie do mnie uśmiechającej czarnulce zakochał...

00:35, koziolek_matolek_1234 , się żalę
Link Komentarze (1) »
niedziela, 22 stycznia 2012

Swego czasu pomieszkiwał Koziołek ze swoim Kochaniem na krakowskim Czerwonym Prądniku. Wynajmowany apartament oprócz megazalet w postaci całych 38 metrów kwadratowych powierzchni, płytek PCV i betonowych ścianek wielkiej pyty miał też feler: otóż znajdował się na parterze.

Ugryzło mnie to dość boleśnie w dupę pewnego, zimowego dnia (dziś jest siódma rocznica), kiedy to paru chujków wlazło na balkon, wyłamało plastiki i zajumało mi tani (za dwie stówki) skaner i bardzo dobry (Olek 8080) aparat cyfrowy.

Po wezwaniu zjawił się patrol, a jakiś czas później ekipa speców od kryminalistyki plus dwa psy. Zabezpieczyli ślady, szariki obwąchały porzuconą w panice, włączoną latarkę (jak otworzyłem drzwi mieszkania, włamywacze w popłochu spierdolili, pozostawiając na balkonie odłączony od okablowania komputer i wspomniane źródło światła) po czym zabrali się za wydobywanie zeznań ode mnie i mojej połówki:

- [Gliniarz] Hmm... - patrząc w kierunku stojącej na półce sześciokolorowej drukarki do proofów - zajebista drukarka. Jeszcze po nią wrócą...
- [Moje Kochanie] No dobrze panowie. Może i wrócą. Ale czy jesteście w stanie ich złapać?
- [Gliniarz] Proszę panią. A czy my wyglądamy jak W11?!

Tagi: w11
01:09, koziolek_matolek_1234 , Jak dziś pamiętam
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2012

Jak obiecałem, za zgodą zainteresowanych wrzucam zdjęcie: Marcin i "wyprodukowany" przez niego tekturowy Louis de Funes.

Autor i jego profil na FB.

Smacznego :)

MARCIN & LOUIS

14:38, koziolek_matolek_1234
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 stycznia 2012
Wpadł do nas dzisiaj klient - przyniósł do oprawy wiekopomne dzieło pod tytułem "Co zapobiega niedołęstwu starczemu" - praca zbiorowa. Poniżej kilka zdjęć tej jakże ważnej księgi.
poniedziałek, 16 stycznia 2012

Jest to historia prawdziwa i wzruszająca, a zasłyszana ostatnio od Pabla.

Rozkminiałem ostatnio temat ulotki i plakatów dla pewnej organizacji pożytku publicznego. Projekt ten ma być super, hiper wypaśny, a zatem już na starcie porzuciłem pomysł, aby samemu coś takiego wyprodukować i dzięki temu zgarnąć całą bułę za "lejałt". Znaczy, trzeba się podzielić i zapłacić komuś za to, że urodził się utalentowanym.

Ponieważ klientka napisała mi: "proszę pamiętać, ze to jest projekt skierowany do ludzi młodych.wiec musi być wystrzałowy", postanowiłem zlecić sprawę niejakiemu Marcinowi z Góry (mieszka nad naszą pracownią) który IMHO czuje blusa, zwłaszcza jak sobie zajara dobrego ziela. On to właśnie zaprojektował wykonaną przez nas swego czasu kebab-budę: piękną aż do bólu i opisaną przez Krakowski dodatek Gazety Wyborczej.

Ale Pablo zaproponował kogoś innego: kolesia tak uzdolnionego, że na widok jego prac majtki same spadają dziewczyną z głów, a drewniane łyżki toną w kaszy i już nie wypływają. I zasunął opowieść z jego żywota, jak to podróżując z grupą studentów po Lazurowym Wybrzeżu dotarł był ów artysta młodego pokolenia na skraj przepaści, zwącej się Puste Kieszenie.

Saint Tropez, środek lata, a oni nie dość, że nie mają za co pić, to jeszcze gdzie spać i co jeść. Znaczy - śmierć zajrzała im w oczy. I gdy już tak otulała ich swoim płaszczem, naszemu artyście kochanemu zapalił i rozpękł się ping-pong nad głową. Zakrzyknął "eureka", po czym wyprosił od kolegów ostatnie centy, by zakupić za nie w sklepie dla plastyków najtańsze plakatówki i pędzel. Następnie na śmietniku za sklepem RTV wyszabrował z kontenera karton po wielkim telewizorze.

Mając już ten cały staf, w pół godziny - z pamięci - pierdolnął Żandarma z Saint-Tropez w skali 1:1, w pełnej krasie i okazałości. I taką to makietę chłopcy wbili w piasek przy wejściu na plażę. I gdy tylko uradowana gawiedź chciała zrobić sobie zdjęcie z Louisem, siedzący obok konduktor z Polski inkasował odpowiednią (nie wiem jaką), kwotę.

W ten właśnie sposób Louis de Funes, wielki francuski aktor, uratował od śmierci głodowej polskich studentów...


23:17, koziolek_matolek_1234 , oczy szeroko otwarte
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 stycznia 2012

W zeszłym roku zająłem zaszczytne, pierwsze miejsce wśród tych, na których nikt nie zagłosował :)

Mimo to wystawiam się ponownie - jakby się tam komuś chciało wysłać esemesa, to zapraszam.

Bez ciśnień ofkors ;) Nie liczę na żadną wygraną, nie głosuję sam na siebie). Jestem po prostu ciekaw, czy dorobiłem się siakiegoiś elektoratu :) Niestety żadną kiełbasą - za wyjątkiem tej w spodniach i Kindziuka w lodówce - nie dysponuję, obietnic bez pokrycia też składał nie będę.

Dupa ze mnie, nie polityk...

ONLY KOZIOŁEK

Tagi: blog roku
12:15, koziolek_matolek_1234
Link Komentarze (5) »
środa, 11 stycznia 2012

Dziś garść wstrząsających i makabrycznych informacji.

***

Nocą przyśnił mi się dziwny sen: chodziłem w biustonoszu i ludzie na ulicy śmiali się ze mnie. Okazało się, że to dlatego, iż był rozpięty.

***

Rano zadzwonił do mnie Pablo z prośbą, bym przyniósł mu do pracowni jakieś niepotrzebne buty - idąc do pracy w zakupionej dopiero co parze, dostąpił zaszczytu pęknięcia obydwu podeszw i przemoczenia skarpetek.

Gdy przylazłem do pracowni z reklamówą pod pachą, zobaczyłem Pabla w klapkach z tektury i taśmy klejącej oraz skarpetach z gazety. W sąsiednim sklepiku zdążył się już pochwalić, że był na wycieczce w Mongolii i że tam wszyscy tak chodzą.

***

Rafał drukuje u nas puzzle. To znaczy drukuje obrazki i zdjęcia przysyłane przez jego klientów. Wydruki te nakleja nastepnie na tekturę i wycina specjalną prasą, produkując puzzle na indywidualne zamówienie (nawet z dwóch tysięcy elementów).


Ludzie przysyłają mu najprzeróżniejsze projekty: są zdjęcia lubych i dzieci, ukochanych bryk i piesków. Raz para gejów przysłała swoje zdjęcie jak stoją objęci, w rozchylonych futrach i z fajfusami na wierzchu. Miał to być prezent na rocznicę znajomości - tak przynajmniej wynikało z dedykacji.


Dzisiaj ktoś zażyczył sobie puzzle z Bożym Miłosierdziem - Jezus z płonącym sercem w koronie cierniowej. Na czarnym tle, z podpisem "JEZU UFAM TOBIE". Puściliśmy to na ploter, wydrukowaliśmy papier i już mieliśmy odciąć gotowy wydruk gdy jornęliśmy się, że nastąpiła awaria - papier był zjebany i na obrazie wylazła skaza w postaci białej, długiej na cztery centy i szerokiej na siakieś dwa milimetry, niezadrukowanej rysy.

Sprawę zostawiliśmy na później (inne prace w kolejce) i oczywiście sobie zapomnieliśmy, aż zjawił się Rafał:


- Eee. Rafciu, sorry, ale zjebaliśmy ci wydruk...
- Jak to zjebaliście?
- Normalnie. Papier był walnięty, atrament nie siadł i jest biała rysa na czarnym tle. Chuja z tego będzie, mieliśmy wydrukować jeszcze raz, ale zapomnieliśmy - i rozwijamy rulon, aby pokazać zonka. Patrzymy, szukamy - a tu nic.
- No co wy? Pompujecie mnie? Przecież wszystko jest ok?
- Aaaa, eeeeee... - patrzę i faktycznie, szafa gra. Dopiero po chwili znalazłem skazę na papierze która w jakiś magiczny sposób "nasiąknęła" atramentem (a ten przecież był w chwili pierwszych oględzin zupełnie suchy) i pokazałem ją Rafałowi.


Stoimy we czterech, drapiemy się po głowach i nagle Pablo pada na kolana, wykrzykując: "Cud!!!"

19:18, koziolek_matolek_1234 , wytrzeszcz
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2



GG:23200496