Że stary chuj ze mnie, wiedziałem od dawna. Ale że do tego stary cap - to uświadomiłem sobie na ostatniej imprezie u naszych przyjaciół Borków.
Godzina dwudziesta druga. Na małym ogniu duszą się składniki do słynnej, koziołkowej piccy śmieciowej, koło gospodyń miejskich plotkuje w najlepsze, a chłopaki w liczbie czterech postanowili urwać się na dżointa.
Zatem poszliśmy. Utworzyliśmy krąg wokół wejścia do piwniczki kumpla. Zjaraliśmy, co mieliśmy zjarać i zaczęła się dyskusja.
Zainspirowany widokiem nieotynkowanej cegły, betonowych sufitów i drewnianych drzwi z niecheblowanej dechy, opowiedziałem wszystkim mój ostatni sen:
- Kurwa, a mi to się ostanio śniły piwnice w szpitalu psychiatrycznym - |^$#%^$%)(**+)%%$%&*()_) - Zajebiste były. Takie jak tutaj. Tylko że jacyś kolesie chcieli mnie wciągnąć jeszcze głębiej. - **&($@!*(*$&*(*))($$#$%&))#$$%^$@@#&) - Ale się nie dałem. Miałem zajebistego cykora, bo tam grasował Freddy Kruger Chór w liczbie głosów dwóch brechtął: - Bła ha ha!!!
...po czym głos trzeci - należący do kuzyna koleżanki, dwudziestoletniego studenta - nieśmiało spytał:
- Eeee... Przepraszam.... A kto to jest Freddy Kruger???
Znaczy czas na nas - wkrótce zasuwam nad morze, przyzwyczajać się do piachu...
Spotkało się dziś u nas dwóch osobników: jeden z naszych klientów i przedstawiciel firmy chcącej nam coś sprzedać.
Klient: potężny chłop po pięćdziesiątce, na oko sto czterdzieści kilo żywej wagi, zmierzwiony włos. Do tego potężnie bolał go łeb (nie wiem - kac czy migrena) i poprosił o zmoczenie pod kranem szmatki którą przykładał do skroni.
Przedstawiciel: chudy chłopaczek w garniturze, bardzo rozgadany.
Klient siedział na krześle obok narciarskich butów i nart mojego wspólnika, oczekując na realizwane na poczekaniu zlecenie. Chłopak czekał, aż ktoś będzie miał czas z nim porozmawiać. A że bardzo gadać mu się chciało, zagadywał klienta pod kątem ekwipunku narciarskiego.
W pewnym momencie klient nie wytrzymał, odjął szmatkę z czoła i schrypniętym, wkurzonym głosem spytał:
- Chłopcze, a czy ja ci - kurwa - wyglądam na narciarza?!!!
Otóż dzisiaj przeglądałem foty i znalazłem zdjęcie mojego przyjaciela Waldiego. Od razu stanęły mi przed oczami nasze wspólne, studenckie czasy i jego współlokator z pokoju na krakowskim Miasteczku Studenckim AGH.
Marcin - bo tak ten gostek miał na imię - zwany był RPA. Znaczy, jego starzy wynieśli się w cholerę z komunistycznego raju w latach osiemdziesiątych, uwożąc ze sobą niemowlę. Ów biały dzieciak po latach kilkunastu postanowił wrócić do kraju przodków na nauki i wylądował w Krakowie.
Wpadam raz do Waldiego. Na wejście wita mnie Marcin, wpierdalając mit-konserwę ze słoika.
- Cześć stary, co wpieprzasz? - Coś dobrego. Spróbuj - i podaje mi kawałek jakiegoś białego mięska nabitego na zęby widelca. - Mmmm, dobre... Co to za szit? - To mięso z krokodyla. W smalcu. - Eeee... Pierdolisz... - Powaga. Mama wekuje mi i przysyła w paczkach - i chłop wyciąga "zza pazuchy" album i pokazuje zdjęcie, na którym stoi w rzeźniczym fartuchu, z nożem w ręce, przed rzędem wiszących na hakach wypatroszonych krokodyli. A wszystko na tle białych, gdzieniegdzie spryskanych krwią kafelków.
Przyznam, że zwątpiłem... Okazało się, że jego starzy mają udziały w zakładzie mięsnym, specjalizującym się w uboju gadów i synalek musi zapierdalać tam w każde wakacje.
A jeśli chodzi o Die Antwoord. Prosim: Enter the Ninja, czyli marzenia grzecznej dziewczynki o czarnym facecie z dłuuugim mieczem:
A ten mały, śmieszny (wg niektórych) człowieczek, to Leon Botha. Koleś chory na progerię. Miał wtedy dwadzieścia parę lat i był najdłużej dotąd żyjącym gościem, chorym na tę chorobę.
No dobra. Gwoli sprawiedliwości nie tylko ja byłem ofiarą, lecz również Wspólnik i Pablo.
Otóż okradziono nam tydzień temu spiżarnię. Za lodówkę robi u nas zewnętrzny parapet pracowni, na którym w porze zimnej składujemy takie frykasy, jak salceson z włosami, musztarda, pasztet i inne margaryny. Czasem również chleb.
Przeważnie jest tam musztarda solo plus smarowidło - wtedy, gdy chce nam się zaszaleć i z Palermo na Płaszowie zamawiamy Obiad Szefa Kuchni ze Zniżką dla Firm (polecam - za czternaście zyli minus rabat można opierdolić naprawdę dobry i syty obiad, np. znakomitą ogórkową + przepyszne ziemniaczki z kotletem w chrupiącej panierce + zestaw surówek - jeśli ktoś z was wybierze się kiedyś pociągiem do Krakowa, to niech wysiądzie na stacji Kraków Płaszów i wstąpi do znajdującej się obok dworca restauracji & pizzerii).
Feralnego dnia zamówiliśmy żarło (ja zjadłem zajebisty zapiekany makaron z sosem serowym i szpinakiem, ale bez surówek - zresztą i bez nich mi prawie dupa pękła), prócz tego skończyło się masło. Tym samym ostał się nam tylko krem z gorczycy z miodem.
W pewnym momencie za oknem mignął siakiś cień. Wybiegliśmy z pracowni (Pablo od razu rozkminił sytuację i stwierdził, że ktoś zapieprzył coś z parapetu) i zobaczyliśmy pustą "lodówkę" i plecy biegnącego pokurcza w podrabianej, brudnej kurtce Adidasa.
Gdy nazajutrz poszedłem uzupełnić zapasy w sąsiednim sklepiku i wyżaliłem się Pani Marysi, ta pocieszyła mnie mówiąc, że nie było szans uchronić tę musztardę przed pisanym jej losem. Otóż złodziej to znany na dzielni żul który swego czasu zasłynął z tego, że nawiedził po pijaku panimarysiny sklep i w ciągu dziesięciu sekund wypłoszył z niego wszystkich klientów.
Na moje pytanie: "Co w tym dziwnego? Przecież nie raz ktoś po pijaku robi zakupy?" usłyszałem:
- No tak. Ale nie każdemu przy ladzie wypada gówno z nogawki!
Z harcerskim pozdrowieniem - bo muszę jeszcze napisać postscriptum ;)
PS. Z góry uprzedzam - to żaden prodaktplejsment ani inna reklama Palermo, jak również nie jest to mój klient - po prostu robię to z sympatii dla dobrego żarcia i jednej ichniej pani kelnerki. Gdybym nie był żonaty, pewnie bym się w tej pięknie do mnie uśmiechającej czarnulce zakochał...
Swego czasu pomieszkiwał Koziołek ze swoim Kochaniem na krakowskim Czerwonym Prądniku. Wynajmowany apartament oprócz megazalet w postaci całych 38 metrów kwadratowych powierzchni, płytek PCV i betonowych ścianek wielkiej pyty miał też feler: otóż znajdował się na parterze.
Ugryzło mnie to dość boleśnie w dupę pewnego, zimowego dnia (dziś jest siódma rocznica), kiedy to paru chujków wlazło na balkon, wyłamało plastiki i zajumało mi tani (za dwie stówki) skaner i bardzo dobry (Olek 8080) aparat cyfrowy.
Po wezwaniu zjawił się patrol, a jakiś czas później ekipa speców od kryminalistyki plus dwa psy. Zabezpieczyli ślady, szariki obwąchały porzuconą w panice, włączoną latarkę (jak otworzyłem drzwi mieszkania, włamywacze w popłochu spierdolili, pozostawiając na balkonie odłączony od okablowania komputer i wspomniane źródło światła) po czym zabrali się za wydobywanie zeznań ode mnie i mojej połówki:
- [Gliniarz] Hmm... - patrząc w kierunku stojącej na półce sześciokolorowej drukarki do proofów - zajebista drukarka. Jeszcze po nią wrócą... - [Moje Kochanie] No dobrze panowie. Może i wrócą. Ale czy jesteście w stanie ich złapać? - [Gliniarz] Proszę panią. A czy my wyglądamy jak W11?!
Wpadł do nas dzisiaj klient - przyniósł do oprawy wiekopomne dzieło pod tytułem "Co zapobiega niedołęstwu starczemu" - praca zbiorowa. Poniżej kilka zdjęć tej jakże ważnej księgi.
Jest to historia prawdziwa i wzruszająca, a zasłyszana ostatnio od Pabla.
Rozkminiałem ostatnio temat ulotki i plakatów dla pewnej organizacji pożytku publicznego. Projekt ten ma być super, hiper wypaśny, a zatem już na starcie porzuciłem pomysł, aby samemu coś takiego wyprodukować i dzięki temu zgarnąć całą bułę za "lejałt". Znaczy, trzeba się podzielić i zapłacić komuś za to, że urodził się utalentowanym.
Ponieważ klientka napisała mi: "proszę pamiętać, ze to jest projekt skierowany do ludzi młodych.wiec musi być wystrzałowy", postanowiłem zlecić sprawę niejakiemu Marcinowi z Góry (mieszka nad naszą pracownią) który IMHO czuje blusa, zwłaszcza jak sobie zajara dobrego ziela. On to właśnie zaprojektował wykonaną przez nas swego czasu kebab-budę: piękną aż do bólu i opisaną przez Krakowski dodatek Gazety Wyborczej.
Ale Pablo zaproponował kogoś innego: kolesia tak uzdolnionego, że na widok jego prac majtki same spadają dziewczyną z głów, a drewniane łyżki toną w kaszy i już nie wypływają. I zasunął opowieść z jego żywota, jak to podróżując z grupą studentów po Lazurowym Wybrzeżu dotarł był ów artysta młodego pokolenia na skraj przepaści, zwącej się Puste Kieszenie.
Saint Tropez, środek lata, a oni nie dość, że nie mają za co pić, to jeszcze gdzie spać i co jeść. Znaczy - śmierć zajrzała im w oczy. I gdy już tak otulała ich swoim płaszczem, naszemu artyście kochanemu zapalił i rozpękł się ping-pong nad głową. Zakrzyknął "eureka", po czym wyprosił od kolegów ostatnie centy, by zakupić za nie w sklepie dla plastyków najtańsze plakatówki i pędzel. Następnie na śmietniku za sklepem RTV wyszabrował z kontenera karton po wielkim telewizorze.
Mając już ten cały staf, w pół godziny - z pamięci - pierdolnął Żandarma z Saint-Tropez w skali 1:1, w pełnej krasie i okazałości. I taką to makietę chłopcy wbili w piasek przy wejściu na plażę. I gdy tylko uradowana gawiedź chciała zrobić sobie zdjęcie z Louisem, siedzący obok konduktor z Polski inkasował odpowiednią (nie wiem jaką), kwotę.
W ten właśnie sposób Louis de Funes, wielki francuski aktor, uratował od śmierci głodowej polskich studentów...
W zeszłym roku zająłem zaszczytne, pierwsze miejsce wśród tych, na których nikt nie zagłosował :)
Mimo to wystawiam się ponownie - jakby się tam komuś chciało wysłać esemesa, to zapraszam.
Bez ciśnień ofkors ;) Nie liczę na żadną wygraną, nie głosuję sam na siebie). Jestem po prostu ciekaw, czy dorobiłem się siakiegoiś elektoratu :) Niestety żadną kiełbasą - za wyjątkiem tej w spodniach i Kindziuka w lodówce - nie dysponuję, obietnic bez pokrycia też składał nie będę.
Dziś garść wstrząsających i makabrycznych informacji.
***
Nocą przyśnił mi się dziwny sen: chodziłem w biustonoszu i ludzie na ulicy śmiali się ze mnie. Okazało się, że to dlatego, iż był rozpięty.
***
Rano zadzwonił do mnie Pablo z prośbą, bym przyniósł mu do pracowni jakieś niepotrzebne buty - idąc do pracy w zakupionej dopiero co parze, dostąpił zaszczytu pęknięcia obydwu podeszw i przemoczenia skarpetek.
Gdy przylazłem do pracowni z reklamówą pod pachą, zobaczyłem Pabla w klapkach z tektury i taśmy klejącej oraz skarpetach z gazety. W sąsiednim sklepiku zdążył się już pochwalić, że był na wycieczce w Mongolii i że tam wszyscy tak chodzą.
***
Rafał drukuje u nas puzzle. To znaczy drukuje obrazki i zdjęcia przysyłane przez jego klientów. Wydruki te nakleja nastepnie na tekturę i wycina specjalną prasą, produkując puzzle na indywidualne zamówienie (nawet z dwóch tysięcy elementów).
Ludzie przysyłają mu najprzeróżniejsze projekty: są zdjęcia lubych i dzieci, ukochanych bryk i piesków. Raz para gejów przysłała swoje zdjęcie jak stoją objęci, w rozchylonych futrach i z fajfusami na wierzchu. Miał to być prezent na rocznicę znajomości - tak przynajmniej wynikało z dedykacji.
Dzisiaj ktoś zażyczył sobie puzzle z Bożym Miłosierdziem - Jezus z płonącym sercem w koronie cierniowej. Na czarnym tle, z podpisem "JEZU UFAM TOBIE". Puściliśmy to na ploter, wydrukowaliśmy papier i już mieliśmy odciąć gotowy wydruk gdy jornęliśmy się, że nastąpiła awaria - papier był zjebany i na obrazie wylazła skaza w postaci białej, długiej na cztery centy i szerokiej na siakieś dwa milimetry, niezadrukowanej rysy.
Sprawę zostawiliśmy na później (inne prace w kolejce) i oczywiście sobie zapomnieliśmy, aż zjawił się Rafał:
- Eee. Rafciu, sorry, ale zjebaliśmy ci wydruk... - Jak to zjebaliście? - Normalnie. Papier był walnięty, atrament nie siadł i jest biała rysa na czarnym tle. Chuja z tego będzie, mieliśmy wydrukować jeszcze raz, ale zapomnieliśmy - i rozwijamy rulon, aby pokazać zonka. Patrzymy, szukamy - a tu nic. - No co wy? Pompujecie mnie? Przecież wszystko jest ok? - Aaaa, eeeeee... - patrzę i faktycznie, szafa gra. Dopiero po chwili znalazłem skazę na papierze która w jakiś magiczny sposób "nasiąknęła" atramentem (a ten przecież był w chwili pierwszych oględzin zupełnie suchy) i pokazałem ją Rafałowi.
Stoimy we czterech, drapiemy się po głowach i nagle Pablo pada na kolana, wykrzykując: "Cud!!!"