Blog > Komentarze do wpisu

Jak Koziołek myślał, że umrze i przez to zgłosił się do szpitala

Z podziękowaniami dla obsady Szpitalnego Oddziału Ratunkowego na Kopernika w Krakowie, dzięki której dowiedziałem się, że przyczyna najprawdopodobniej leży w Sercu, a nie w sercu ;)

No do Chuja Wacława. Czas się piachem nacierać w ramach przyzwyczajania do gnicia w ziemi...

Mój organizm, zainspirowany tragiczną śmiercią Jamesa Deana, Marlboro Mana i Amy Winehouse, postanowił w podobny sposób zwiększyć liczbę czytelników koziołkowego bloga. Ponieważ jednak nie stać mnie na Porsche, fajek nie jaram i nie narkotyzuję się od czasów studiów, postanowił po prostu wykończyć mnie na serce.

Jak zapewne pamiętacie, od końca wakacji 2015 roku do teraz, zrzuciłem około dwudziestu pięciu kilogramów. Ze zbędnymi kilogramami spadło jakieś 60 milimetrów słupa rtęci ciśnienia krwi i przez dobry rok mój zajebisty miernik marki Omron zamiast 180 i napisu "weź pigułkę", wyświetlał tylko smętne 120. W każdym razie firmy farmaceutyczne przestały - na tym poletku - na mnie zarabiać.

Jakież było moje zdziwienie, gdy tydzień temu, pierwszego "roboczego" ranka A.D. 2017 obudziłem się z uczuciem, jakby Godzilla przez noc próbowała mi poluzować w stawie lewą rękę. Ból rozchodził się do karku, ramienia i łopatki, a ja z racji, że była siódma rano, dzieciaki czekały na transport do przedszkola, a po odstawieniu ich tam miałem zebrać się i zapierdalać do roboty, postanowiłem nad tą drobną dolegliwością przejść do porządku dziennego. I tak też zrobiłem dnia tego i następnego.

Dnia trzeciego, gdy znów wstałem od komputera i gimnastykowałem lekko drętwiejące ramię, podszedł do mnie Pablo i rzekł:

- Ooo... Robisz to samo, co mój tata w dniu zawału! Może pójdziesz do lekarza? - pochwalę się, że nie nie posrałem się jak wtedy, gdy zobaczyłem wyniki badania krwi przed majowym zabiegiem "na chrapanie", o czym wtedy na blogu pisałem. Po prostu spakowałem się do auta i wydarłem do mojego lekarza, doktor Z. z przychodni na Ruczaju. Tam osłuchany i ze zmierzonym ciśnieniem dowiedziałem się, że "skoczyło". Wraz z receptą na białe pigułki dostałem - jak by co - skierowanie na Szpitalny Oddział Ratunkowy i dowiedziałem się, że mam się oszczędzać.

Tak postanowiłem zrobić i po odebraniu z przedszkola dziatek zostawić je w rękach małżonki, a samemu położyć się pod kocykiem i odpoczywać.

Niestety, jak zwykle w takich wypadkach "nastąpił wypadek" i zmuszony byłem wrócić na godzinę do firmy, co by w trybie awaryjnym puścić parę metrów druku. Tam odebrałem telefon od spanikowanej żony. Okazało się, że po mojej wizycie w przychodni, pani doktor Z. postanowiła sprawdzić, jak się czuję. Ponieważ w kartotece był wyłącznie numer ślubnej, stąd "ogień" - w pędzie, przekazując dzieci, zapomniałem pochwalić się wizytą u lekarza i matka moich dzieci przeżyła szok, gdy padło pytanie, czy na pewno pojechałem do pracy, a nie na przykład do szpitala...

Ale co się odwlecze, to nie uciecze.

Ciśnienie unormowało się wprawdzie na poziomie cirkaabałt 140 mm Hg. Nie wzorcowo, ale też nie jakoś tragicznie. Tyle, że cały czas napieprzała mnie lewa strona... Dlatego też w sobotę rano wykąpałem się. Ubrałem niecerowane skarpetki i nieprzetarte w kroku majtki. Ucałowałem w czółka strwożone dziatki, roztaczając nad nimi opiekę Pani Żony. Następnie wyszedłem przed blok i przeklinając siarczysty mróz, zgrabiałymi palcami odpaliłem w telefonie apkę Ubera.

Jak to w takich sytuacjach bywa, ten postrach rodzimych taksówkarzy robił w naszej okolicy za Yeti. Znaczy, że wszyscy o nim słyszeli, ale nikt nie widział. Tak było z Uberem, a później z iCarem i myTaxi. Na wysokości zadania stanął dopiero Barbakan.

Gdy już mnie zawiózł na Szpitalny Oddział Ratunkowy na Kopernika (taksówkarz: "Tylko tam niech pan jedzie. Gdzie indziej w najlepszym razie przerobią pana na warzywko"), zestrachany udałem się do okienka i powiedziałem, o co kaman. Aha, jedenasta przed południem to była. Długo nie czekałem, już po kwadransie leżałem na łóżku, opasany elektrodami do badań EKG i kołnierzem do pomiaru ciśnienia, następnie zerwałem zjebkę, że co im głowę zawracam, skoro kwalifikuję się co najwyżej do dwuletniej kolejki do kardiologa, a nie na oddział ratujący życie. Następnie dostałem długopis i kazano podpisać mi papier, że zgadzam się na czterogodzinne oczekiwanie na lekarza. Tak też zrobiłem i wyszedłem na korytarz poczekalni. Tam - niczym kura na grzędzie - przycupnąłem na plastikowym stołeczku.

Nie minęło pół godziny, gdy wywołany przez pana hołdującego najnowszej modzie na kręconego wąsa i bujną brodę a la Romuald Traugutt i Jan Kochanowski w jednym, zostałem przez niego nakłuty, opróżniony z solidnej porcji krwi, poczęstowany tabletkami na szybkie zbicie ciśnienia & uspokajającymi, następnie wysłany do rentgena (a propos tabletek: te sto miligramów Ataraxu zajebiste: do osiemnastej spałem na wąskim, skrzypiącym krzesełku w poczekalni Oddziału Ratunkowego, obojętny na chłód, wystający z łapy wenflon i stadko oczekujących pacjentów, nienawistnie łypiących na zajęty przeze mnie poddupnik).

Złożyło się, że mój wypis miał miejsce pod koniec zmiany. Mój opiekun poprosił mnie na końcowy pomiar ciśnienia, w trakcie którego na pytanie - stwierdzenie: - Czyli jednak będę żył - odpowiedział: - Tak. Do śmierci - i zajął się leżącą obok panią w średnim wieku, której trzeba było zbić ciśnienie z 260, następnie posadzić na wózek i przewieźć do ubikacji na siusiu, a w międzyczasie załatwić papierologię związaną z wypisem mojej skromnej, rogatej osoby.

Gdy siedziałem na tym nieszczęsnym krzesełku i obserwowałem krzesany dookoła ogień, mój Anioł Stróż udał się po niezbędne papiery. Po drodze, z pokoju pielęgniarek (?) rozległy się pod jego adresem komenty:

- Co ty zrobiłeś? Czemu zapuściłeś taką brodę i wąsa? Przecież ust ci nie widać!
- (...) - zawołał mój bohater, przedzierając się przez gąszcz biegających z paczkami jednorazowych rękawiczek, strzykawek i igieł, pań. I pognał dalej.

Oszołomiony zgiełkiem, lękiem wyczekiwania i ogólnie w chuj stresującą sytuacją, nie byłem zbyt skory do potraktowania Szpitalnego Oddziału Ratunkowego jako wymarzonego siedliszcza. Mimo to mózg mój zakonotował ten pełen pozytywnych emocji gwar, gdy panie pielęgniarki skomentowały po chwili między sobą:

- Może i nieogolony. Ale dupkę ma zajebistą...

środa, 11 stycznia 2017, koziolek_matolek_1234

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
Gość: , *.play-internet.pl
2017/01/12 00:46:37
Naprawdę cudowna komedia! Ale mogło być dużo gorzej. Moja koleżanka trafiła do szpitala z podejrzeniem udaru. Pielęgniarki dwa razy chciały założyć jej wenflon. Mało, pomylili wyniki krwi. Pokazało dwa promile, a ona trzeźwa jak swinia. Chociaż po tym Meksyku stwierdziła, że alkochol byłby zbawieniem.
Tak służba zdrowia jest tylko dla ludzi z zajebistą psychiką.
Ty ją masz. Pozdrawiam.
-
2017/04/01 20:41:52
Uwierz mi... co sobie o nacieraniu piachem przypomnę rżę jak głupia :D



GG:23200496